piątek, 27 kwietnia 2018

Moja pierwsza pacjentka, OIOM i powrót!

 Nie było mnie tu ponad dwa lata. Przez te dwa lata wiele razy myślałam o tym, że MUSZĘ o czymś tu napisać, podzielić się studencką codziennością, czy pielęgniarskim odkryciem, ale tego nie zrobiłam. Opowiem o tym jednak innym razem, ponieważ na moją nieobecność tu złożyło się wiele czynników - brak czasu, dużo problemów zdrowotnych i rodzinnych, a przede wszystkim ogromna ilość nauki i innych zajęć, które pochłonęły mnie całkowicie.

Ale w środę skończyłam kolejne praktyki, a tak naprawdę OSTATNIE praktyki na studiach. Ostatni raz byłam na oddziale tylko studentką. Następnym razem będę pielęgniarką.

Najcudowniejsze praktyki pod słońcem. To samo czułam i myślałam po neurologii na Ochojcu, chirurgii w Jastrzębiu i psychiatrii w Bytomiu. Ale teraz czuję to sto razy mocniej. Oddział Intensywnej Opieki Medycznej. Zafascynował mnie tak ten temat, że wczoraj do późnych godzin nocnych czytałam blogi różnych kobiet, które pracują jako pielęgniarki na OIOMIE. Łzy cisnęły mi się do oczu. Z podziwu i wzruszenia. I z myśli, że ja też być może będę to przeżywać. Poniżej zacytowałam fragmenty, które wydały mi się idealnie opisujące ten oddział.

 "Dwa dni temu Ilona siedziała na krześle w szpitalnym korytarzu. Patrzyła na jasne ściany i zastanawiała się: jak ja żyję. Kilka godzin wcześniej zmarł pacjent. Przy łóżku stała jego żona i córka. Płakały. Potem uściskały Ilonę. „Dziękujemy, dzięki pani on umarł godnie”. Ilona nie mogła płakać. Uścisnęła je, a potem poczekała aż wyjdą. Szły smutne, przygarbione do drzwi. Zasunęła kotarę i zaczęła myć ciało. Taka jest rola pielęgniarki. Pacjenta trzeba umyć dokładnie, powyciągać wszystkie wkłucia, zapakować do worka, przykryć kołdrą i zwieść na dół do specjalnej sali. Potem jeszcze trzeba zadzwonić do prosektorium i powiedzieć „Ciało gotowe do odebrania”. Ciężko jest wyjść z takiego oddziału i znów być żoną i matką. Gotować zupę, tłuc kotlety i chodzić na spacer. Na OIOM–ie jesteś na granicy życia i śmierci. Są cuda i jest piekło."

Albo to - "Ten pierwszy dzień był straszny. Jest sporo osób po wypadkach, z uszkodzeniami twarzy, czaszki. Obklejeni od góry do dołu rurkami, wszędzie dreny, którymi spływa krew, mocz. Wszyscy oddychają przez respiratorami, unieruchomieni, w dziwnych pozycjach, bo mają nogi na wyciągach. Podłączeni do takiej ilości maszyn i pomp, że robi się słabo. Niektórzy z otwartymi ranami. Tak jak pewien mężczyzna po zabiegu kardiologicznym. Wciąż miał krwotoki wewnętrzne, lekarze nie zaszyli go do końca, bo chcieli szybko móc reagować. Pacjenci leżą nadzy. Bezradność rozwala." 


 I jeszcze to - "Mój pierwszy pacjent, po wypadku motocyklowym, nieprzytomny, z nogami na metalowym wyciągu, z usztywnioną miednicą z ogromną ilością ran, z których lała się krew. „Proszę go umyć” usłyszałam. „Co zrobić?!” Myślałam: „co ja tutaj robię, chcę uciekać”. Mycie to nie jest przetarcie gąbką, ten mężczyzna był cały w wydzielinach, musiałam odkleić każdy plaster, wyczyścić rurkę intubacyjną przez którą oddychał, uważać, żeby rurka nie wypadła, obrócić go na bok, tak, żeby nic nie wyciekło. Żeby dreny nie wyszły, żeby wkłucia, które ma w sobie się nie powyrywały. Gdybym choćby wyrwała wkłucie tętnicy zrobiłby się potok krwi. Do tego ogromna ilość leków. Kończę go myć, widzę, że jakiś lek się kończy. A ten lek podtrzymuje funkcje życiowe, mam kilka sekund na zmianę. Z dyżuru wracam nieprzytomna" 

 Mimo tego, że jestem TYLKO studentką, nie spoczywa na mnie taka odpowiedzialność, nie robię wielu rzeczy i wielu jeszcze nie potrafię, nie podejmuję decyzji to po godzinach spędzonych na OIOMIE, nawet po siedmiu byłam wyczerpana. Wracałam do domu i z emocji i stresu bolała mnie głowa, musiałam odpocząć, położyć się, zamknąć na chwilę oczy, dać odpocząć plecom i stopom, bo czułam, że nie dam rady ustać dłużej. Ale byłam jednocześnie szczęśliwa. Nie umiem tego opisać. Podczas tych dyżurów czułam zmęczenie, ale nie było one tak odczuwalne jak w momencie, gdy opuszczałam oddział.

Na Intensywnej wszystko jest inaczej. Weszłam i czułam się jak w filmie. Oddziałowa drugiego dnia powiedziała mi, że jesteśmy z Adą pierwszymi studentkami, które są pewne tego co robią, nie chowają się po kontach i sobie radzą, są odważne i nadają się do tej pracy. Jak to powiedziała to myślałam, że parsknę śmiechem. Dodała, że nie zaprasza nas na swój oddział bo tak zawsze robi - zaprasza nas bo naprawdę nas tu chce. I non stop nas prosiła abyśmy przyszły tu do pracy. Tyle, że odważna to może i byłam, ale pewna tego co robię i świetnie sobie radząca może już nie do końca.

Pierwszy raz w życiu robiłam podczas tych dni wiele rzeczy i wiele rzeczy widziałam po raz pierwszy w życiu. Przez trzy lata nie spotkałam się z wieloma rzeczami. A przez te trzy dni nadrobiłam zaległości i jak o tym myślę to autentycznie mam łzy w oczach. Mama powiedziała, że jak wracałam z praktyk i opowiadałam jej co robiłam to widziała w moich oczach taki błysk i radość mimo zmęczenia. I to było super. Odsysałam pacjenta - dowiedziałam się kiedy wsadzać włączony, a kiedy wyłączony ssak. Obsługiwałam pompę infuzyjną - ustalałam przepływ, wsadzałam strzykawkę, dbałam o to, aby lek się nie skończył i był w zapasie. Przygotowałam o wiele więcej antybiotyków, leków ratujących życie, leków praktycznie z każdej grupy w formie 50ml strzykawek do pomp, iniekcji i kroplówek, że chyba przez całe studia, tyle nie zrobiłam. Przełamałam tyle ampułek, a tylko raz przecięłam sobie palec szkłem, chociaż przez to zabrudziłam wszystko z tej krwi, ale tylko raz. Zrozumiałam liczenie dawek z insuliny i już wiem ile nabrać mililitrów (0,1ml!) żeby podać 10 jednostek insuliny do insulinówki, ponieważ zawsze było to dla mnie czarną magią. Zrozumiałam nieco bardziej (chociaż dalej dużo mi brakuje do zrozumienia choć w jednej setnej), że śmierć jest nieodłącznym elementem i trzeba się z nią pogodzić, aby nie zwariować. . Najważniejsze to pozwolić godnie odejść i nie pozwolić na umieranie w męczarniach czy samotności. Bardziej poruszał mnie widok rodziny chorego, niż samego pacjenta. Może dlatego, że byli nieprzytomni w większości, że nie wiedzieli co się z nimi dzieje, nie rozmawiałam z nimi i wcale ich nie znałam? Albo dlatego, że oni nie cierpieli tak jak ich bliscy? Na OIOMie są sztywne godziny i czas trwania odwiedzin. Widziałam córkę mężczyzny, która płakała nad nim i głaskała go po poliku, opowiadała co na niego czeka w domu. Ale on do tego domu nie wróci. Chwilę wcześniej pani pielęgniarka mówiła mi, że Pan czeka po prostu na śmierć bo nic nie da się zrobić. I mimo tego ta pielęgniarka pielęgnowała go taką miłością i dokładnością, że nie jedna z nas mogłaby się od niej uczyć. Pielęgniarki opiekowały się pacjentami jakby oni byli ich rodziną - troszczyli się, dbali o każdy szczegół, głaskali, dopajali, kontrolowali, mówili "skarbeńku", uśmiechali sie, dbały o to, aby nie czuli bólu. Pacjent z którym byłam wczoraj na TK głowy też nie wróci do domu. Upadł w domu. I tak felernie że miał kraniotomie, pękniętą śledzionę przez co miał laparotomię, krwiaka nad i podtwardówkowego po prawej i lewej stronie, krwawienie do mózgu, pękniętą podstawę czaszki, złamane kości twarzoczaszki i kręgi szyjne. TK pokazało, że zmiany się pogłębiają. Pan jest w okropnym stanie, oddycha za niego aparatura, ma mnóstwo bandaży, obracany na łóżku musi być w kołnierzu i trzeba bardzo dbać o to, aby nie uszkodzić bardziej kręgów, bo przez to może u Pana dojść do zatrzymania krążenia. Panie pielęgniarki co godzinę muszą otwierać oczy Panu i sprawdzać źrenice. Za każdym razem jak je odsłaniałam to modliłam się w duchu, aby były równe. Gdyby lewa lub prawa była poszerzona byłoby to oznaką jednego - krwotok, obrzęk mózgu, pilna operacja neurochirgiczna i prawdopodobnie zgon.Cieszę się, że lewa zawsze równała się prawej i mogłam odetchnąć z ulgą zapisując to w dokumentacji. Co godzinę trzeba też dokumentować wszystkie parametry, które i tak sprawdza się non stop - saturacja, ilość oddechów, ciśnienie, tętno, ciśnienie krwawe, drożność drenów, balonik w respiratorze, zabarwienie skóry, temperaturę, mnóstwo wartości z respiratora o których nawet nie mam pojęcia. Dowiedziałam się dużo ciekawych i ważnych rzeczy związanych z respiratorem, ale i tak większość jest wciąż dla mnie zagadką. Ale cieszę się, że wiem jak ustawić większe "popchnięcie oddechu", gdzie widać ile oddechów daje respirator, a ile pacjent sam potrafi z siebie wydobyć. I że to, że pacjent wykonał 30 oddechów w ciągu minuty to można go rozintubować jest nieprawdą, bo te oddechy nie spełniają swojej roli. Wiem co to przerażenie, gdy pacjent ma saturację 60 i zaczyna się robić siny i jak wygląda gotować opieki medycznej, aby w każdej chwili go zaintubować. Wiem, że dziwne ciśnienie może wynikać ze złego ułożenia ręki, tak samo jak niska saturacja może być spowodowana tym, że pacjentka zasnęła i zapomniała oddychać przez maskę z tlenem. I że Levonor to tylko w 1:1 rozpuszczać, a jak ciśnienie pacjentowi rośnie to nie podkręcać, a zmniejszyć dawkę. Widziałam jak pacjentowi wyjęto rurkę z respiratora, jak wypluwał wydzielinę, jaki był przerażony, gdy musiał sam oddychać i jakie te oddechy były dla niego trudne. Jak jego saturacja spadła i bałam się, że trzeba będzie go intubować na nowo, ale sobie poradził. I oddychał. Sam. Ciężko mi sobie nagle przypomnieć wszystko co widziałam, czułam i czego byłam świadkiem, ale naprawdę było tego dużo.

Pani oddziałowa i pielęgniarki były fenomenalne. Miłe, życzliwe, pomocne, niesamowicie mądre i opanowane. Jedna dziewczyna mi powiedziała, że ona choć pracuje to już trochę to wciąż się stresuje reanimacją i "łapy jej się trzęsą, ale umysł ma niesamowicie trzeźwy". Ta nagła gotować, adrenalina, stres, uczucie siedzącej na ramieniu śmierci, wielka szansa pomyłki i praca nie tylko w ogromnej prędkości ale i stresie podczas reanimacji. Nie tylko na oddziale, na Izbie Przyjęć, na bloku operacyjnym, ale na terenie całego szpitala.

Wczoraj, podczas mojego drugiego dnia w życiu na tym oddziale i w ogóle oddziale Intensywnej Opieki Medycznej, został mi przydzielony pacjent. Pani oddziałowa kazała mi zająć się jednym pacjentem. Od A do Z. Toaleta, zlecenia, wszystkie czynności, udział w obchodzie, wykonanie zleceń, zadbanie o wszystko. I wtedy pomyślałam, że to żart, ale to nei był żart. Jasne, że nie byłam na sali sama, ale żadna z pań na mnie nie patrzyła, każda była całkowicie pochłonięta swoim pacjentem. I choć byłam przerażona to poczułam się niesamowicie dobrze. Niesamowicie dobrze z tym, że ten pacjent był w moich rękach i to ja mam podejmować decyzję, zadbać o wszystko i jego dobro stało się moim nadrzędnym celem. I pomyślałam wtedy - "Oby niczego nie spieprzyć" i uśmiechnęłam się do 88-letniej pani Z, która trafiła do szpitala z powodu niewydolności oddechowej. Wykonałam toaletę całego ciała, najdokładniejszą toaletę jamy ustnej jaką do tej pory udało mi się zrobić, zmieniłam wszystkie opatrunki i bandaże, zmieniłam plaster przy wkłuciu centralnym i nawet zapisałam datę tak jak nas uczono, zmieniłam pościel, uczesałam, wysmarowałam narażone na odleżyny miejsca preparatem ochronnym, pobrałam krew z wkłucia obwodowego, czego nigdy wcześniej nie robiłam i zaniosłam do laboratorium trzymając kciuki, by wszystko było dobrze. W między czasie poprawiałam maseczkę z tlenem, saturator, który spadał z palca i włączał alarm na całą salę, podkręcałam tlen, gdy saturacja spadała niżej niż powinna, dopajałam Panią ze strzykawki dając jej dosłownie parę mililitrów i spisywałam parametry. Na pacjentów na tej sali trzeba non stop patrzeć i na wszystko zwracać uwagę. Prowadziłam bilans płynów, podłączyłam leki do pompy i jedzenie do pompy żywieniowej sama decydując o przepływie, a i wcześniej pamiętałam o tym, aby osłuchać stetoskopem żołądek i upewnić się, że sonda się nie wysunęła. Gdybym podała żywienie do sondy, która przemieściła się do oskrzela to udusiłabym pacjentkę. Podałam Pani insulinę i leki, przygotowałam kroplówki, uczestniczyłam w wizycie lekarskiej, wysłuchałam zleceń i wykonałam wszystko, co trzeba było. Oklepałam Panią, smarowałam plecy i zmieniałam pozycję, zmieniłam pampersy i zabezpieczyłam ranę. I przez parę godzin dbała o panią Z, która stała się dla mnie wyjątkową pacjentką.

Podziwiam wszystkich, którzy pracują na takich oddziałach. Dzięki tym praktykom zrozumiałam dużo, poczułam chyba wszystkie możliwe emocje, przestałam bać się pacjentów w ciężkim staniem i pipczenia aparatury, przestałam obawiać się tysiąca rurek i kabelków i drenów, nauczyłam się nieco bardziej (a kiedyś chciałabym opanować to do perfekcji!) spokojnie podchodzić do czynności budzących niepokój. Byłam z siebie dumna, gdy pomagając pielęgniarce przy toalecie pacjenta nagle odłączył mu się respirator z rurki i aparatura zaczęła wyć i piszczeć i się świecić. Pani tylko krzyknęła "Respirator!", a ja zrobiłam to przepięknie i naprawiłam sytuację. Pani powiedziała tylko, że świetnie i że dobrze, że zrobiłam to spokojnie i się nie zestresowałam. To takie właściwie nic nie znaczące słowa, a dały mi milion punktów plus do pewności siebie w roli pielęgniarki.

To były piękne praktyki.