piątek, 8 marca 2019

W piątek dyżur nie był dobry. We wtorek dyżur nie był dobry. W środę dyżur nie był dobry.

 Oczywiście wszystko robiłam szybko, najlepiej jak potrafię, uśmiechałam się do każdego, byłam na każde zawołanie, przybiegałam na każdy dzwonek nim pacjent zdążył do odłożyć, służyłam radą, dobrym sercem, dobrą rękę (akurat się udało, nie, że zawsze) do wenflonów i pobierania krwi, sprałam krew z koszuli pacjentki, zmieniałam opatrunki nie wzdrygając się na widok brzydkich ran i dużo biegałam - po krew, na badania, ze skierowaniami, z prośbami o konsultację, po leki.

 Ale w środku czułam się okropnie źle. I nic mi się nie podobało, a ponadto wszystko mnie denerwowało.Byłam zmęczona, było dużo pracy, ciągle ktoś coś chciał i odrywał mnie od mojej czynności przez co wszystko się przedłużało, niektórzy byli niemili albo wymagali od nas więcej niż mogłyśmy zrobić. Niektórzy nie rozumieli, że nie możemy podać po raz kolejny leku bo po pierwsze nie wolno, a po drugie lekarz nic nam nie zlecił i to nie moja wina.

Denerwowało mnie to, że nie mamy odpowiedniej maści na odleżyny i muszę użyć czegoś prowizorycznego, że nasz glukometr nadal nie działa i muszę biegać na drugą stronę trzy razy dziennie, że po raz kolejny biorę ciśnieniomierz, który nie działa, idę po kolejny, zakładam, nie mierzy, idę po kolejny i jakimś cudem działa. Wkurzał mnie stan łóżek, które się rozpadają i za które to ja dostaję opiernicz.

Miałam też jakieś swoje gorsze dni, gorszy nastrój, ból brzucha z powodów kobiecych i chciałam po prostu jak najlepiej wykonać swoją pracę i pójść do domu. Nie zostać tam ani minuty dłużej i nie wracać przez najbliższy czas.

Cieszę się, że dziś mam już inne nastawienie i chyba musiałam przespać te naście godzin, by z nową energią wrócić do pracy. Czeka mnie dwanaście godzin w sobotę i dwanaście w niedziele, ale jestem niemalże pewna, że będzie super.

Z medycznych ciekawostek - widziałam pierwszy raz napad padaczkowy i chyba się już nie obawiam co robić, jak robić, jak to wygląda. Jak widać na internie może być wszystko, a nawet duża część neurologii - mamy pacjentów z napadami padaczkowymi, ze świeżymi udarami i pacjentów po udarach, guzy mózgu, stwardnienia rozsiane, niedowłady i wiele innych przypadków niecharakterystycznych dla naszego oddziału.

Swoją drogą, chyba palnęłam głupotę. Czy jest coś co niecharakterystyczne dla interny? Myślę, że nie, bo tutaj jest wszystko. Od stóp (przypadek z środy - odmrożenia palców u stopy) po czubek głowy (przypadek z wtorku - napad padaczkowy).

niedziela, 24 lutego 2019

Ten dyżur był niesamowicie dziwny. Rano byłam sama, bo koleżanka miała się spóźnić, więc miałam ręce pełne roboty, bo jak najszybciej zrobić to co powinny zrobić w tym czasie dwie pielęgniarki. Rozdać leki doustne na rano,  przygotować i rozdać dożylne leki, zmierzyć poziom glikemii, iść na każdy dzwonek, podać insuliny i zacząć rozdawać śniadanie.

Później przyszła koleżanka i w gruncie rzeczy cała robota była zrobiona, bo pacjentów mieliśmy naprawdę mało, więc zrobienie paru inhalacji, podanie dodatkowych leków, które były wpisane w zlecenia na ten dzień, pomoc pacjentce w wzięciu prysznicu, poprawienie dziesięć razy wąsów tlenowych u Pana, który je ściąga, bo  myśli, że to kabelek z dzwonka, założenie wenflonu, podanie leków o dwunastej i zmierzenie glikemii, rozdanie obiadu... Dyżur toczył się dobrze. Napisałyśmy o wiele szybciej wszystkie papiery, wpisałyśmy wszystkie leki w komputer z całego tygodnia od naszych pacjentów, odebrałyśmy zlecenia, zmieniłyśmy okleiny, robiłyśmy toaletę przeciwodleżynową, zajęłyśmy się odleżynami, zrobiłam bilanse, pomierzyłam ciśnienia, zlałam mocze.

Koleżanka poszła, bo przez ostatnie 36 godzin była na nogach, całą noc w podróży, a dodatkowo zmęczona psychicznie, bo jej brat miał wypadek i z żoną byli w dość kiepskim stanie i właśnie od nich wróciła. Pielęgniarka też człowiek, poza życiem w szpitalu ma swoje problemy, nieprzespane noce, rodzinne dramaty, gorsze dni, czy ma prawo być chora i strasznie nie podoba mi się to, że pacjenci często o tym nie myślą i zapominają. Choć patrząc na swój krótki staż pracy do tej pory nawet z bólem brzucha z powodu miesiączki, czy gorączką zawsze jestem miła, choć nie zawsze się uśmiecham (no chyba, że pacjent powie "no siostro, co się siostra tak smuci dzisiaj"). I wracając do tematu, ewidentnie mam problem z trzymaniem się głównego wątku, koleżanka poszła do domu.

Przez prawie dwie godziny siedziałam i nie miałam co robić - wypiłam kawę, zaglądałam do każdego, reagowałam na wyjątkowo rzadkie dzwonki, czytałam procedury i jakieś informacje o tajemnicy zawodowej pielęgniarki.

Pacjentka, która wcześniej zgłaszała osłabienie powiedziała, że trochę trudniej jej się oddycha. Spojrzałam na nią i pomyślałam, że może warto założyć jej drugie wkłucie bo ma tylko marne, niebieskie i że może zmontuje tutaj zestaw do odsysania. Ale po chwili skarciłam się w myślach, że to po prostu osłabienie i to nie jest rutynowe postępowanie w takiej sytuacji. Podałam jej wąsy z tlenem, które miała na poduszce, posadziłam wyżej, otworzyłam okno. Powiedziała, że boli ją trochę brzuch. Nie zaniepokoiło mnie to, bo miała biegunkę od rana z powodu antybiotykoterapii. Moje działania jej pomogły (tak powiedziała), ale jak wróciłam po paru minutach wyglądała gorzej. Miała płytki oddech i przyjmowała pozycję nachyloną. Zmierzyłam jej ciśnienie. 200/120. Lekarz zlecił tabletkę podjęzyk. Spadło. Poczuła się lepiej, ale jej kończyny stały się chłodniejsze. Nie dawało mi to spokoju i nie mogłam wrócić do czytania swoich procedur. Zmierzyłam jej saturację, na jednym pulsoksymetrze była wartość 39, ale uznałam, że to niemożliwe, bo ta kobieta ze mną normalnie rozmawia. Poszłam szybko na drugą stronę po drugi, pokazał wartość 48. Podkręciłam tlen, posadziłam ją jeszcze wyżej i poszłam po lekarza. Wróciłam do niej, powiedziała, że czuje się gorzej i już nie wytrzyma. Wszedł lekarz, patrzyła na nas, ale  nie odpowiadała, doktor wolał, mówił, a ona w ogóle nie odpowiadała tylko patrzyła dziwnym wzrokiem. Zaczęła robić się sina. Miałam wezwać zespół anestezjologiczny na pilną konsultację, miałam zamonitorować, zmierzyć glikemię, iść po wózek reanimacyjny, podać płyny i uznałam, że trzeba założyć to nieszczęsne wkłucie i skompletować ten głupi ssak z którym zawsze są problemy. I wtedy pomyślałam, że pierwsze co powinnam zrobić to poprosić którąś z dziewczyn po drugiej stronie o pomoc, bo jednak liczy się czas. Cieszę się, że pracuje na takim oddziale, gdzie pomagamy sobie w sytuacjach, które tego wymagają i nikt nie je zdany na siebie.

Jak przygotowywałam płyny to akurat przyszedł zespół reanimacyjny. Wszystko wyglądało jak na filmie i wszyscy naprawdę świetnie ze sobą współpracowaliśmy - pacjentka leżała na środku na łóżku, pani doktor intubowała, jedna nabierała leki z wózka renimacyjnego, jedna montowała ssak, jedna asystowała przy intubacji. Okazało się, że do ssaka nie mamy "szarego elementu", że nie działa jedna pompa infuzyjna, że pulsoksymetr nie działa i nie pokazuje wartości, że tętno spadło do 34, że nie mamy na stanie respiratora, bo jesteśmy przecież interną, więc po przyniesieniu wszystkiego, asystowaniu przy pobraniu gazometrii tętniczej pobiegłam po respirator, którego nie chcieli mi pożyczyć na SORZE i po bezsensownej dyskusji na którą tylko straciłam czas udało mi się pożyczyć respirator z OIOMu. Jak przyszłam to Pani była wentylowana Ambu i akurat musiałam podawać adrenalinę, zawsze myślałam, że będą mi się trząść ręce, a to był mój pierwszy raz z adrenaliną i wcale tak nie było. Miałam wrażenie, że mój umysł jest skupiony i trzeźwy jak nigdy dotąd. Asystowałam do zakładania wkłucia centralnego, pobrałam od razu krew na badania (pan doktor powiedział "wszystkie najważniejsze i podstawowe na cito" więc miałam małą zagadkę co powinnam tam zlecić), zaniosłam do laboratorium.

Było jeszcze dwadzieścia minut do końca i gdy doktor powiedział mi, że nie muszę jechać na tomografię skoro mam iść za chwilę do domu to ani przez chwilę nie przyszło mi do głowy, aby zostawić pacjentkę i tak po prostu pójść sobie do domu. Przygotowaliśmy wszystko co trzeba zabrać, ktoś przyniósł przenośny respirator. Wyglądaliśmy jak w filmie - łóżko na którym poza pacjentką były dwie pompy infuzyjne, stojak z dwoma kroplówkami, trzy gotowe kroplówki na łóżku, przenośny monitor, respirator, kable, rurki, dokumenty, leki, pchałam łóżko z panią doktor, a pielęgniarka anestezjologiczna jechała z torbą reanimacyjną za nami. Przeniesienie pacjenta na łóżko było nie lada wyzwaniem, zajęło nam sporo czasu, monitor się rozładował i nie chciał działać pod koniec badania, ale na szczęście udało nam się szczęsliwie dojechać na oddział.

Na oddziale była już nocna zmiana, ale jak zobaczyłam ten bałagan w zabiegówce, te czerwone worki, opakowania po lekach, ampułki i po prostu używany sprzęt na ziemi sali pacjentki to uznałam, że nie mogę zostawić z tym dziewczyn, tym bardziej, że potrzebowały Propofolu, którego u nas na oddziale nie ma i poszłam szukać i pytać o pożyczenie, Panią też trzeba było zacewnikować, więc pomogłam, podać leki niwelujące kwasicę organizmu i asystować przy nakłuciu opłucnej. Pierwszy raz widziałam wykonaną w taki sposób i byłam w szoku, gdy z jednego płuca zeszło ponad półtorej litra płynu.

Wyszłam z ponad półtora godzinnym opóźnieniem z pracy, ale byłam tak szczęśliwa, że do domu wracałam jak na skrzydłam i nawet nie bałam się iść ciemnymi ulicami. Dopiero jak wzięłam prysznic, położyłam się do łóżka poczułam jak bardzo jestem zmęczona i jak bardzo potrzebuję się zregenerować.


Tego dnia dowiedziałam się, że
a) jeśli przez sekundę przejdzie Ci przez myśl, że trzeba założyć drugie wkłucie i zmontować ssak to to zrób, ssak na pewno, wkłucie przemyśl i jeśli uznasz, że to dobry pomysł to to zrób
b) ból brzucha może być jednym z objawów płynu w osierdziu, tak samo jak np. ból barku
c) pacjent z niską saturacją może normalnie rozmawiać i być w kontakcie
d) centralizacja krążenia następuje w tempie ekspresowy
e) gdy do badania obrazowego trzeba odpiąć elektrody to żeby mieć podgląd na pacjenta można podpiąć je na miednicy i podbrzuszu - obraz jest nieco okłamany, ale jest i jest wiarygodny w razie zagrożenia życia

piątek, 22 lutego 2019

Dopiero co koleżanka z nocnej zmiany zdała nam raport, opowiedziała o pani X, która w nocy była bardziej duszna, słabsza i należy częściej do niej zaglądać. Zaczęłam rozdawać poranne leki i zajrzałam na salę. Kobieta była blada, spocona, łapczywie łapała powietrze. Wyglądała źle. I pierwsze co  należy zrobić to zapewnić bezpieczeństwo, więc razem z koleżanką zmieniłyśmy jej łóżko na to takie z drabinkami, ponieważ w poszukiwaniu powietrza i podczas tak wielkiego wysiłku oddechowego mogła spaść na ziemię.

Takie sytuacje wymagają myślenia na przód ("pewnie lekarz będzie kazał ją zamonitorować, więc już pójdę po przenośny monitor", "gdy się zatrzyma potrzebny będzie ssak, więc trzeba go szybko zmontować"), bycia spokojnym i opanowanym, aby pacjent czuł się bezpieczniej, aby myśleć racjonalnie i aby nie trzęsły się nam ręce oraz robienia wielu rzeczy jednocześnie. Dzwoniąc po lekarza podkręca się tlen, sadza pacjenta wyżej, idzie po monitor, a te pewnie bardziej doświadczone pielęgniarki są w stanie przewidzieć jakie leki trzeba będzie podać.

Saturacja 63%, ciśnienie 53/24, akcja serca 170.

Lekarz osłuchał, wykluczyć obrzęk płuc, kazał zrobić pilne ekg, podać pilnie sporo leków, przygotować trzy pompy infuzyjne, sam zajął się konsultacją kardiologiczną i anestezjologiczną, gdy nie było znacznej poprawy.

Asystowanie do wkłucia centralnego, przygotowywanie pacjenta do przeniesienia na OIOM, więc mieliśmy szczęście, bo bardzo często jest tak, że na OIOM nie ma miejsca i pacjent w stanie zagrożenia życia, z niewydolnością krążenia, niewydolnością oddechu, czy pod respiratorem leży u nas na oddziale, gdzie nie mamy do tego po pierwsze warunków, nierzadko wiedzy, a przede wszystkim odpowiedniej ilości personelu, by zapewnić bezpieczeństwo.

Pani po dwóch godzinach walki o jej życie wylądowała tam, gdzie pomogą jej najlepiej, a ja byłam tak szczęśliwa i pod wpływem tak dużej adrenaliny, że do końca wieczoru nie potrzebowałam nawet łyka kawy.

To są niesamowicie piękne i przerażające jednocześnie momenty. Ta świadomość, że od Twojej wiedzy, Twojej spostrzegawczości, Twoich umiejętności, szybkości i wielu innych czynników zależy życie człowieka. Życie drugiego człowieka.