Chciałam jutro (naprawdę, na sercu z ręką!) wybrać się na wykład z ratownictwa, a pod wieczór okazało się, że został odwołany. No cóż, zostanę w domu i pouczę się na kolokwium z dietetyki. Czy może być coś ciekawszego od wiadomości na temat obwodu pasa, który pomoże nam stwierdzić otyłość typu brzusznego (kobiety całe 88 centymetrów), wskazaniach do pozajelitowego żywienia czy informacji, która odmieniła moje życie - w 1 gramie tłuszczu mamy 9 kalorii, więc lepiej zajadać się cukrem bo ma ich o pięć mniej. Jak na imprezie zarzucę takimi ciekawostkami to wszyscy uderzą głową o stół z podziwu i dostanę sto piw gratis. Co z tego, że średnio lubię piwa, ale zawsze fajnie dostać coś gratis.
Wczoraj na anatomii dotykałam wieprzowego serducha, ale i ludzkiego. Niesamowite, piękne i wyglądające CAŁKIEM inaczej niż w książce. Marzę jeszcze o tym, by zobaczyć bijące serce na żywo i móc dotknąć je palcem, by poczuć regularne skurcze, a nawet i migotanie komór, które wygląda tak podniecająco na filmikach, że patrzę, patrzę i nie mogę przestać. I potem szybka defibrylacja po której powraca prawidłowy rytm zatokowy. Dziś już wiem, że odpowiada za niego węzeł zatokowo-komorowy, a co! I kolejne sto piw dla mnie, brawa, brawa oraz owacje na stojąco.
Na anatomii byliśmy znów w prosektorium i pierwszy raz przy zwłokach poleciały mi łzy, bo zwłoki w środku były wypełnione formaliną, przykryte całkiem mokrą płachtą i po prostu niesamowicie szczypało, piekło i drapało wszędzie. Stałam tuż przy stole sekcyjnym i miałam możliwość dotknąć żółądka, serca, wątroby, zobaczyć jelita na żywo i faktycznie są takie jak na filmach - tak długie i ogromne, że połowa leżała na stole. I w końcu potrafię sobie idealnie wyobrazić przestrzenne położenie wszystkich narzódów ze śledzioną (która zresztą wygląda jak cienka gąbka) i trzustką na czele. Magia, magia no po prostu magia.
I ZDAŁAM KOLOSA Z ANATOMII W PIERWSZYM TERMINIE. Pani z anatomii powiedziała nam wcześniej, że to pogrom, że większość nie zdaje w pierwszym terminie, a tu proszę - udało się. I kolokwium z angielskiego również zaliczone i kolejna mikrobiologia. Teraz powoli szykują się najgorsze zaliczenia bo z części wykładowej na której zwykle mnie nie było albo która jest tak obszerna i bez sensu, że po prostu nie zapamiętywałam z tego nic na bieżąco. A teraz nadrób tyle godzin, tyle kartek i tyle tysiący niezrozumiałych słów... Ale dam radę, będę ciężko pracować, by potem być z siebie zadowolona i mieć spokój na święta. Podczas świątecznej przerwy odpocznę za wszystkie czasy, nacieszę się wszystkimi dookoła i książką pod ciepłą kołdrą wieczorną porą.
Cóż, teraz powinnam przestać się nad tym zastanawiać i wrócić do notatek, ponieważ niedługo będzie druga w nocy, a ja chciałabym napajać się do samego rana tą interesującą wiedzą.
środa, 25 listopada 2015
sobota, 21 listopada 2015
Pierwszy kolos z anatomii, pierwsze zwłoki
Pierwsze kolokwium z anatomii za mną i muszę przyznać, że o dziwo za bardzo się nie stresowałam ani przed przed, ani z rana ani czekając przed sala aż wyczytają moje nazwisko. Jeśli chcecie wiedzieć jak mi poszło to ciężko mi prorokować, a wyników jeszcze nie ma. Uczyłam się sumiennie i regularnie na każdą anatomię spędzając nad książkami, wielkim Netterem i notatkami po kilkadziesiąt godzin w tygodniu, a ponadto do samego kolokwium przerobiłam setki różnych pytań, doczytywałam i powtarzałam przez długi czas. Na kolokwium było dużo pytań, które były dla mnie nawet fajne i nawet się cieszyłam, ale okazywało się, że brakuje mi niezwykle szczegółowej wiedzy. Wiedziałam, która żyła odkąd dokąd, ale nagle zaczęłam się zastanawiać czy bocznie czy przyśrodkowo czy jeszcze inaczej, a próbując potworzyć sobie każdą żyłe dochodziłam do wniosku, że mam sieczkę zamiast mózgu, a czas leci. Były też mega proste pytania i aż się uśmiechałam jak czytałam o tym gdzie zmierzyć tętno na kończynie dolnej albo o ruchomych połączeniach między kośćmi. Ale teraz czekam na wyniki.
We wtorek na anatomii Pani znów pokazała nam zwłoki, ale pierwszy raz widziałam serce. I odkryłam Amerykę, gdy Pani powiedziała, że prawa komora jest tak naprawdę na samym środku i gdy ktoś jest zadźgany nożem to zwykle ta komora jest przebita, ale ponoć to lepsza opcja z powodu mniejszego ciśnienia krwi. Dotykałam przedsionków, przejeżdżałam palcem po żebrach, przejeżdżałam palcem po mięśniu krawieckim zachwycając się jego idealnym wyglądem. I ściskałam aorte. Wiedziałam, że jest duża, ale nie myślałam, że aż tak gruba i tak elastyczna. Zmarły Pan miał szwy na sercu, więc domyślam się, że przeszedł operację, a ponadto w aorcie dało się wyczuć skrzepliny, które spokojnie można było przesuwać.
Zawsze zastanawiałam sie jak to będzie na żywo zobaczyć zwłoki i je dotykać. Od zawsze o tym w jakiś sposób marzyłam, oglądałam setki sekcji zwłok w internecie, bawiłam się czasem w domu surowym mięsem, ale gdzieś z tyłu głowy był taki cichutki głos, który mówił, że na żywo może nie dam rady. Każdy straszył zapachem, wyglądem,że wymiotują, że mdleją, że strasznie. Mi się podoba. Owszem, czasem formalina szczypie w oczy, powoduje katar albo piecze w gardle, czasem robi Ci się trochę mdło, gdy nachylasz się nad zmarłym z których kapie formalina, ale tylko tyle. Na początku jak mieliśmy same kończyny zmarłych i oglądaliśmy żyły, tętnice, mięśnie to tak naprawdę miałam wrażenie,że to sztuczne ręce i nie docierało do mnie, że to człowiek. Dziwnie się czułam, ale byłam zachwycona. I nie widziałam nic poza fajnym przeżyciem w oglądaniu martwych części ciała, ale gdy mieliśmy juz całe zwłoki i Pani na nich nam wszystko tłumaczyła zaczęłam doceniać wartość edukacyjną, która jest przeogromna - na takim człowieku można się o wiele więcej nauczyć, zrozumieć wszystko, zobaczyć jak to naprawdę wygląda bo nawet najlepsze książki nie są w stanie tego oddać. Strasznie podoba mi sie anatomia i mimo ogromu nauki myślę, że przoduje w ulubionych zajęciach jak nie zajmuje pierwszego miejsca. Chciałabym być jak moja pani magister z anatomii, która szuka odpowiedników łacińskich nazw bo zapomina jak to było po polsku, która niemalże kładzie się na preparat ręki i szuka malutkiej żyłki, które wszystko wie i wszystko pamięta. Naprawdę ją podziwiam i chciałabym mieć taką wiedzę jak ona. Pierwszy raz zobaczyliśmy całe zwłoki przy zajęciach z miednicy, ponieważ cała grupą z panią magister poszliśmy szukać miednicy, przeszliśmy przez drzwi "Zakład medycyny sądowej. Prosektorum", a potem przez kolejne "Pomieszczenie służbowe". Mnóstwo korytarzy, gdzie są zajęcia, szpilki dla lekarskiego i fizjoterapii, dużo pomieszczeń z przeróżnymi preparatami, dużo rożnych zwłok na stołach, które przypominają stoły operacyjne. I na środku korytarza koło wind stał taki chirurgiczny wózek na kółkach z przykrytymi zwłokami przy którym się zatrzymaliśmy i zaczęliśmy oglądać. Były to świeże zwłoki, które dopiero przeszły wstępny proces preparacji. Miały zdjęte skórę i było widać dosłownie każdy miesięń. To było niesamowite.
Ale cóż, dziś trzeba zapomnieć o tym co niesamowite i zasiąść do nauki środków dorektalnych, dziewięciu tasiemców na mikrobiologię, budowy serca i płuc na anatomię i zacząć robić zadania.
We wtorek na anatomii Pani znów pokazała nam zwłoki, ale pierwszy raz widziałam serce. I odkryłam Amerykę, gdy Pani powiedziała, że prawa komora jest tak naprawdę na samym środku i gdy ktoś jest zadźgany nożem to zwykle ta komora jest przebita, ale ponoć to lepsza opcja z powodu mniejszego ciśnienia krwi. Dotykałam przedsionków, przejeżdżałam palcem po żebrach, przejeżdżałam palcem po mięśniu krawieckim zachwycając się jego idealnym wyglądem. I ściskałam aorte. Wiedziałam, że jest duża, ale nie myślałam, że aż tak gruba i tak elastyczna. Zmarły Pan miał szwy na sercu, więc domyślam się, że przeszedł operację, a ponadto w aorcie dało się wyczuć skrzepliny, które spokojnie można było przesuwać.
Zawsze zastanawiałam sie jak to będzie na żywo zobaczyć zwłoki i je dotykać. Od zawsze o tym w jakiś sposób marzyłam, oglądałam setki sekcji zwłok w internecie, bawiłam się czasem w domu surowym mięsem, ale gdzieś z tyłu głowy był taki cichutki głos, który mówił, że na żywo może nie dam rady. Każdy straszył zapachem, wyglądem,że wymiotują, że mdleją, że strasznie. Mi się podoba. Owszem, czasem formalina szczypie w oczy, powoduje katar albo piecze w gardle, czasem robi Ci się trochę mdło, gdy nachylasz się nad zmarłym z których kapie formalina, ale tylko tyle. Na początku jak mieliśmy same kończyny zmarłych i oglądaliśmy żyły, tętnice, mięśnie to tak naprawdę miałam wrażenie,że to sztuczne ręce i nie docierało do mnie, że to człowiek. Dziwnie się czułam, ale byłam zachwycona. I nie widziałam nic poza fajnym przeżyciem w oglądaniu martwych części ciała, ale gdy mieliśmy juz całe zwłoki i Pani na nich nam wszystko tłumaczyła zaczęłam doceniać wartość edukacyjną, która jest przeogromna - na takim człowieku można się o wiele więcej nauczyć, zrozumieć wszystko, zobaczyć jak to naprawdę wygląda bo nawet najlepsze książki nie są w stanie tego oddać. Strasznie podoba mi sie anatomia i mimo ogromu nauki myślę, że przoduje w ulubionych zajęciach jak nie zajmuje pierwszego miejsca. Chciałabym być jak moja pani magister z anatomii, która szuka odpowiedników łacińskich nazw bo zapomina jak to było po polsku, która niemalże kładzie się na preparat ręki i szuka malutkiej żyłki, które wszystko wie i wszystko pamięta. Naprawdę ją podziwiam i chciałabym mieć taką wiedzę jak ona. Pierwszy raz zobaczyliśmy całe zwłoki przy zajęciach z miednicy, ponieważ cała grupą z panią magister poszliśmy szukać miednicy, przeszliśmy przez drzwi "Zakład medycyny sądowej. Prosektorum", a potem przez kolejne "Pomieszczenie służbowe". Mnóstwo korytarzy, gdzie są zajęcia, szpilki dla lekarskiego i fizjoterapii, dużo pomieszczeń z przeróżnymi preparatami, dużo rożnych zwłok na stołach, które przypominają stoły operacyjne. I na środku korytarza koło wind stał taki chirurgiczny wózek na kółkach z przykrytymi zwłokami przy którym się zatrzymaliśmy i zaczęliśmy oglądać. Były to świeże zwłoki, które dopiero przeszły wstępny proces preparacji. Miały zdjęte skórę i było widać dosłownie każdy miesięń. To było niesamowite.
Ale cóż, dziś trzeba zapomnieć o tym co niesamowite i zasiąść do nauki środków dorektalnych, dziewięciu tasiemców na mikrobiologię, budowy serca i płuc na anatomię i zacząć robić zadania.
piątek, 13 listopada 2015
Pilny student o piątej nad ranem
Za dziesięć minut wybija piąta nad ranem, a ja postanowiłam oderwać się od fascynującego tematu jakim są wlewki doodbytnicze oraz mięśnie oddechowe, by choć trochę nadrobić tu zaległości.
Z samego rana wyjechałam od siebie z rodzinnego miasta, by przyjechać na obowiązkowy wykład z prawa. Muszę przyznać, że choć ziewałam jak głupia to wykład był fajny i przede wszystkim bardzo ważny, ponieważ prawa nasze jak i pacjentów powinniśmy mieć w małym palcu. Co chwilę słyszymy, że rodziny są coraz bardziej rozszczeniowe, że każdy mały błąd może nas kosztować utratę prawa wykonywania zawodu, kupę kasy, czy nawet pozbawienie wolności. Nie chce skończyć za kratkami z długiem jak stąd do Chin tylko dlatego, że nie zamknęłam drzwi przy myciu pacjenta albo nie zapytałam o zgodę przy pobieraniu krwi. Myślę, że mogłoby mi być smutno, a nawet smutno bardzo.
Pierwsze kolokwium z anatomii zbliża się wielkimi krokami. Wszyscy straszą, że wielki pogrom, że noce i dnie miesiąc wcześniej trzeba się uczyć, a ja jakoś się niespecjalnie stresuje. Może stres dopiero przyjdzie, ale świadomość, że mogę to poprawić raz i drugi i może trzeci jakoś dodaje skrzydeł i dodaje pewności siebie. Myślę, że nie ma się co bać, skoro komuś zależy, chce i stara się regularnie uczyć, prawda?
Niesamowicie się siedzi w nocy, gdy wszyscy śpią i czyta o tym, że chcąc wykonać zabieg dorektalny powinno się wywiesić karteczkę "zaraz wracam", że wsadzając kankę pobudzamy zakończenia nerwowe zwieracza odbytu i że jest sto niebezpieczeństw, zagrożeń i wskazać do zabiegu, który jest jednym z dziesiątek zabiegów, które muszę znać na poniedziałek. I anatomia - dziesiątki mięśni oddechowych, klatki piersiowej i grzbietu, a do tego mechanika oddychania, żyły i tętnice klatki czy unerwienie. Jestem w raju.
Oczywiście nie narzekam, nie mam prawa. Wielu nie ma szansy studiować mimo tego, że bardzo chce, albo musi jeszcze ciężko pracować bądź zajmować się dzieckiem i dają radę, więc ja nie mogę narzekać. Tym bardziej, że wiedziałam na co się piszę, a ponadto CHCIAŁAM IŚĆ NA LEKARSKI. Nie mogę sobie tutaj nie poradzić bo wyjdę na największą kretynkę świata, naprawdę.
Wiele rzeczy powoli się weryfikuje, chociażby głupi fakt chodzenia na wykłady. Na samym początku powiedziałam sobie, że chodzę na wszystko bo to super, fajne sale, mówią do nas, można robić notatki, dużo się dowiem i tak dalej i tak dalej. Oczywistość zwaliła mnie z nóg - na wiele wykładów nie chodzę wcale, na większości nie słucham wcale tylko rysuję, gram, uczę się innych przedmiotów albo bezmyślnie przepisuje informacje ze slajdów robiąc notatki. Jednym z wykładów, który bardzo mi się podoba jest wykład z podstaw pielęgniarstwa, ale jest na ósmą rano w piątek i tylko dwa razy udało mi się na niego dotrzeć. Marny ze mnie student, prawda? Myślę, że nie tylko lenistwo na to wpływa, ale nadmiar godzin wykładowych (w piątki np. od 8 do 19:30 z jedną tylko 15 minutową przerwą!), słaby dojazd, który powoduje, że wyjeżdżam nieco ponad godzinę przed rozpoczęciem wykładu, brak silnej woli. Nie bez znaczenia jest też fakt, że całą grupą nie mieścimy się w naszych salach wykładowych i bardzo dużo osób siedzi na ziemi, zaznałam tego zaszczytu i myślałam, że pośladki, kręgosłup i wszystko po prostu mi odpadnie, a o pisaniu nie było mowy. Wyjęłam książkę o miłości i zaczęłam się zastanawiać czemu nie zostałam w łóżku - mogłabym uczyć się anatomii, ćwiczyć rzeczy z podstaw albo oglądać ukochanych Chirurgów, a ja uparłam się być pilna i wzorowa. Na szczęście mam coraz mniej wspólnego z pilną uczennicą, choć nie wiem czy to na szczęście, czy może raczej na nieszczęście.
Mieszkam na samej górze, a więc stukające krople deszczu słyszę niemalże wszędzie. Wiatr wieje tak mocno, że firanka nieśmiało tańczy, ale za to świst powietrza słychać w każdym miejscu. Brzydka pogoda, pyszna herbata i ja z książkami i notatkami - tak imprezę w piątkową noc.
Z samego rana wyjechałam od siebie z rodzinnego miasta, by przyjechać na obowiązkowy wykład z prawa. Muszę przyznać, że choć ziewałam jak głupia to wykład był fajny i przede wszystkim bardzo ważny, ponieważ prawa nasze jak i pacjentów powinniśmy mieć w małym palcu. Co chwilę słyszymy, że rodziny są coraz bardziej rozszczeniowe, że każdy mały błąd może nas kosztować utratę prawa wykonywania zawodu, kupę kasy, czy nawet pozbawienie wolności. Nie chce skończyć za kratkami z długiem jak stąd do Chin tylko dlatego, że nie zamknęłam drzwi przy myciu pacjenta albo nie zapytałam o zgodę przy pobieraniu krwi. Myślę, że mogłoby mi być smutno, a nawet smutno bardzo.
Pierwsze kolokwium z anatomii zbliża się wielkimi krokami. Wszyscy straszą, że wielki pogrom, że noce i dnie miesiąc wcześniej trzeba się uczyć, a ja jakoś się niespecjalnie stresuje. Może stres dopiero przyjdzie, ale świadomość, że mogę to poprawić raz i drugi i może trzeci jakoś dodaje skrzydeł i dodaje pewności siebie. Myślę, że nie ma się co bać, skoro komuś zależy, chce i stara się regularnie uczyć, prawda?
Niesamowicie się siedzi w nocy, gdy wszyscy śpią i czyta o tym, że chcąc wykonać zabieg dorektalny powinno się wywiesić karteczkę "zaraz wracam", że wsadzając kankę pobudzamy zakończenia nerwowe zwieracza odbytu i że jest sto niebezpieczeństw, zagrożeń i wskazać do zabiegu, który jest jednym z dziesiątek zabiegów, które muszę znać na poniedziałek. I anatomia - dziesiątki mięśni oddechowych, klatki piersiowej i grzbietu, a do tego mechanika oddychania, żyły i tętnice klatki czy unerwienie. Jestem w raju.
Oczywiście nie narzekam, nie mam prawa. Wielu nie ma szansy studiować mimo tego, że bardzo chce, albo musi jeszcze ciężko pracować bądź zajmować się dzieckiem i dają radę, więc ja nie mogę narzekać. Tym bardziej, że wiedziałam na co się piszę, a ponadto CHCIAŁAM IŚĆ NA LEKARSKI. Nie mogę sobie tutaj nie poradzić bo wyjdę na największą kretynkę świata, naprawdę.
Wiele rzeczy powoli się weryfikuje, chociażby głupi fakt chodzenia na wykłady. Na samym początku powiedziałam sobie, że chodzę na wszystko bo to super, fajne sale, mówią do nas, można robić notatki, dużo się dowiem i tak dalej i tak dalej. Oczywistość zwaliła mnie z nóg - na wiele wykładów nie chodzę wcale, na większości nie słucham wcale tylko rysuję, gram, uczę się innych przedmiotów albo bezmyślnie przepisuje informacje ze slajdów robiąc notatki. Jednym z wykładów, który bardzo mi się podoba jest wykład z podstaw pielęgniarstwa, ale jest na ósmą rano w piątek i tylko dwa razy udało mi się na niego dotrzeć. Marny ze mnie student, prawda? Myślę, że nie tylko lenistwo na to wpływa, ale nadmiar godzin wykładowych (w piątki np. od 8 do 19:30 z jedną tylko 15 minutową przerwą!), słaby dojazd, który powoduje, że wyjeżdżam nieco ponad godzinę przed rozpoczęciem wykładu, brak silnej woli. Nie bez znaczenia jest też fakt, że całą grupą nie mieścimy się w naszych salach wykładowych i bardzo dużo osób siedzi na ziemi, zaznałam tego zaszczytu i myślałam, że pośladki, kręgosłup i wszystko po prostu mi odpadnie, a o pisaniu nie było mowy. Wyjęłam książkę o miłości i zaczęłam się zastanawiać czemu nie zostałam w łóżku - mogłabym uczyć się anatomii, ćwiczyć rzeczy z podstaw albo oglądać ukochanych Chirurgów, a ja uparłam się być pilna i wzorowa. Na szczęście mam coraz mniej wspólnego z pilną uczennicą, choć nie wiem czy to na szczęście, czy może raczej na nieszczęście.
Mieszkam na samej górze, a więc stukające krople deszczu słyszę niemalże wszędzie. Wiatr wieje tak mocno, że firanka nieśmiało tańczy, ale za to świst powietrza słychać w każdym miejscu. Brzydka pogoda, pyszna herbata i ja z książkami i notatkami - tak imprezę w piątkową noc.
środa, 11 listopada 2015
Naiwna, teorie i dwanaście godzin snu
Chyba byłam niezwykle naiwna wierząc, że będę miała czas tutaj pisać parę razy w tygodniu. Rzeczywistość okazała się o wiele bardziej brutalna i nie do końca wiem z czego to wynika, ponieważ mam parę teorii:
Teoria nr 1 - ŚUM chce nas wykończyć bo zajęcia mamy codziennie i to często jest tak, że idziemy z samego rana, a wracamy do domu przed dwudziestą drugą, gdzie w ciągu dnia mamy żadne albo piętnasto minutowe przerwy. W jeden czwartek wszyscy gadali na wykładzie w południe i mieli po prostu dość, a Pani wykładowczyni powiedziała, że rozumie, że jesteśmy zmęczeni i że już prawie weekend, a my tu musimy siedzieć, ale postara się szybko skończyć i będziemy mogli pójść do domu. Jedna z dwustuosób krzyknęła, że nie ma pośpiechu bo i tak do dwudziestej trzydzieści musimy tutaj być to Pani wybuchnęła tak głośnym i zaraźliwym śmiechem, a potem dodała, że przeprasza, ale nieźle nas urządzili. No nieźle.
Teoria nr 2 - Pielęgniarstwo jest niezwykle wymagające i nauki jest naprawdę dużo. Prawdą jest, że najwięcej nauki jest na poniedziałek i wtorek, ponieważ wtedy są wszystkie najtrudniejsze i najważniejsze przedmioty z podstawami pielęgniarstwa i anatomią na czele. Często jest tak, że w niedziele idę spać koło drugiej, wstaję po czwartej, by zdążyć dojechać na Francuską, wracam koło siedemnastej i od razu siadam do książek. Idę spać po trzeciej i wstaję po piątej. W zeszłym tygodniu byłam tak zmęczona, że gdy wróciłam to położyłam się do łóżka "na godzinę", a wstałam chwilę przed północą.
Teoria nr 3 - Wcale nie jest gorzej niż w liceum, jest dużo, dużo, dużo gorzej. Mówili, że jest przepaść, że ciężej, że różnica, ale nie mówili, że aż tak. Na angielskim w licuem przerabiając człowieka najbardziej zaawansowanym słówkiem był "kciuk" czy "rzęsy" i wszyscy się wkurzali, że po co nam takie słówka, że na co, że nie. Teraz z tygodnia na tydzień dochodzi mi tyle fachowych i dziwnych słówek, że dużo czasu zajmuje mi samo literowanie ich, by zapamiętać kolejność liter - przełyk (czyli słynny oesophagus), tchawica, jajowody, moczowody, śledziona, mięśnie szkieletowe, stawy, obręcz barkowa, powiechnia podkolanowa i inne takie cuda... Oczywiście napisanie instrukcji zmiany kroplówki czy opatrunku ze wszystkimi szczegółami nie powinno być już dla nas żadną angielską tajemnicą. Angielski to oczywiście żaden problem przy anatomii, czyli królowej ŚUMowskich nauk - zawsze uczę się z zajęć na zajęc i choć czasem poświęcam na to nawet i pięć dni to zawsze mam wrażenie, że wiem za mało. Nie jestem w stanie fizycznie zdążyć z całą nauką z anatomii, dlatego już drżę na myśl o egamiznie pod koniec roku, gdzie trzeba będzie powtórzyć cały materiał.
Teoria nr 4 - Rok przerwy od chodzenia do szkoły zrobił swoje, bo choć uczyłam się do matury to jednak ogarnianie dwóch przedmiotów to coś innego niż piętnastu, a ponadto chodząc do pracy mogłam się uczyć, więc czasu było o wiele więcej. Ponadto, myślę, że mój opracowany sposób nauki, który wypracował sobie mózg mógł pojechać na urlop i teraz dopiero powoli z niego wraca.
Teoria nr 5 - Może jestem nie do końca zorganizowana, może powinnam uczyć się jeszcze robiąc siku, jeżdżąc busem w ciemnościach, robiąc kanapki, a może za bardzo skupiam się na wszystkich szczegółach i chce się wszystkiego nauczyć. Starsze roczniki mówią nam, że nie da się wszystkie nauczyć, że nie ma czasu, by z wszystkiego być przygotownym i ja przyznaję im rację, ale ciężko mi się z tym pogodzić.
Teorie teoriami, od wczoraj jestem w domu i po przespaniu dwunastu godzin wciąż mam ochotę wrócić do łóżka. Ale nic z tego, od rana miałam ogromną ochotę sprzątać, więc mieszkanie błyszczy, a teraz lecę na rodzinne spotkanie do Babci. Czas wrócić do świata żywych. Co z tego, że tylko na dwa dni, ale lepsze dwa niż zero, prawda? Oczywiście wciąż z anatomią pod pachą.
Teoria nr 1 - ŚUM chce nas wykończyć bo zajęcia mamy codziennie i to często jest tak, że idziemy z samego rana, a wracamy do domu przed dwudziestą drugą, gdzie w ciągu dnia mamy żadne albo piętnasto minutowe przerwy. W jeden czwartek wszyscy gadali na wykładzie w południe i mieli po prostu dość, a Pani wykładowczyni powiedziała, że rozumie, że jesteśmy zmęczeni i że już prawie weekend, a my tu musimy siedzieć, ale postara się szybko skończyć i będziemy mogli pójść do domu. Jedna z dwustuosób krzyknęła, że nie ma pośpiechu bo i tak do dwudziestej trzydzieści musimy tutaj być to Pani wybuchnęła tak głośnym i zaraźliwym śmiechem, a potem dodała, że przeprasza, ale nieźle nas urządzili. No nieźle.
Teoria nr 2 - Pielęgniarstwo jest niezwykle wymagające i nauki jest naprawdę dużo. Prawdą jest, że najwięcej nauki jest na poniedziałek i wtorek, ponieważ wtedy są wszystkie najtrudniejsze i najważniejsze przedmioty z podstawami pielęgniarstwa i anatomią na czele. Często jest tak, że w niedziele idę spać koło drugiej, wstaję po czwartej, by zdążyć dojechać na Francuską, wracam koło siedemnastej i od razu siadam do książek. Idę spać po trzeciej i wstaję po piątej. W zeszłym tygodniu byłam tak zmęczona, że gdy wróciłam to położyłam się do łóżka "na godzinę", a wstałam chwilę przed północą.
Teoria nr 3 - Wcale nie jest gorzej niż w liceum, jest dużo, dużo, dużo gorzej. Mówili, że jest przepaść, że ciężej, że różnica, ale nie mówili, że aż tak. Na angielskim w licuem przerabiając człowieka najbardziej zaawansowanym słówkiem był "kciuk" czy "rzęsy" i wszyscy się wkurzali, że po co nam takie słówka, że na co, że nie. Teraz z tygodnia na tydzień dochodzi mi tyle fachowych i dziwnych słówek, że dużo czasu zajmuje mi samo literowanie ich, by zapamiętać kolejność liter - przełyk (czyli słynny oesophagus), tchawica, jajowody, moczowody, śledziona, mięśnie szkieletowe, stawy, obręcz barkowa, powiechnia podkolanowa i inne takie cuda... Oczywiście napisanie instrukcji zmiany kroplówki czy opatrunku ze wszystkimi szczegółami nie powinno być już dla nas żadną angielską tajemnicą. Angielski to oczywiście żaden problem przy anatomii, czyli królowej ŚUMowskich nauk - zawsze uczę się z zajęć na zajęc i choć czasem poświęcam na to nawet i pięć dni to zawsze mam wrażenie, że wiem za mało. Nie jestem w stanie fizycznie zdążyć z całą nauką z anatomii, dlatego już drżę na myśl o egamiznie pod koniec roku, gdzie trzeba będzie powtórzyć cały materiał.
Teoria nr 4 - Rok przerwy od chodzenia do szkoły zrobił swoje, bo choć uczyłam się do matury to jednak ogarnianie dwóch przedmiotów to coś innego niż piętnastu, a ponadto chodząc do pracy mogłam się uczyć, więc czasu było o wiele więcej. Ponadto, myślę, że mój opracowany sposób nauki, który wypracował sobie mózg mógł pojechać na urlop i teraz dopiero powoli z niego wraca.
Teoria nr 5 - Może jestem nie do końca zorganizowana, może powinnam uczyć się jeszcze robiąc siku, jeżdżąc busem w ciemnościach, robiąc kanapki, a może za bardzo skupiam się na wszystkich szczegółach i chce się wszystkiego nauczyć. Starsze roczniki mówią nam, że nie da się wszystkie nauczyć, że nie ma czasu, by z wszystkiego być przygotownym i ja przyznaję im rację, ale ciężko mi się z tym pogodzić.
Teorie teoriami, od wczoraj jestem w domu i po przespaniu dwunastu godzin wciąż mam ochotę wrócić do łóżka. Ale nic z tego, od rana miałam ogromną ochotę sprzątać, więc mieszkanie błyszczy, a teraz lecę na rodzinne spotkanie do Babci. Czas wrócić do świata żywych. Co z tego, że tylko na dwa dni, ale lepsze dwa niż zero, prawda? Oczywiście wciąż z anatomią pod pachą.
sobota, 24 października 2015
Wszyscy śpią. Ja oczywiście nie.
Jest wpół do trzeciej w nocy. W gruncie rzeczy może jest wcześniej, a może później, bo dzisiejszej nocy zmienia się godzinę, a to nigdy nie było moją mocną stroną. Nie mam pojęcia czy godzina na komputerze zmieniła się automatycznie, dopiero się zmieni czy wcale się nie zmieni. Obstawiam opcję pierwszą lub drugą, ale co ja się tam znam...
Wszyscy śpią - Piotrek u siebie, Ada w naszym pokoju i jak na nią patrzę to sama mam ochotę wskoczyć do łóżka i przykryć się kołdrą po czubek nosa. Obiecałam sobie, że nim pójdę spać zrobię parę rzeczy i nie mogę teraz tak po prostu oddać się swojej ulubionej czynności.
Prowadzenie tego bloga jest dużo trudniejsze niż myślałam, ponieważ z powodu nowej sytuacji jaką jest studiowanie, mieszkanie samemu i bardzo duży materiał do nauki mam chyba problemy z organizacją, albo tak to będzie wyglądać zawsze. Od rana do wieczora jestem na uczelni, a potem się uczę. Nierzadko jest tak, że wracam z uczelni koło dwudziestej (w czwartki chwilę przed dwudziestą drugą!), jem coś i biorę się za naukę, nad książkami siedzę do drugiej, a potem po piątej wstaję.
Nigdy nie piłam tak często i tak dużo kaw jak tutaj, naprawdę.
Dziś uczyłam się anatomii, mikrobiologii, pisałam długi referat z dietetyki, doszukiwałam materiałów na prezentację z zakażeń szpitalnych, robiłam notatki z mikrobiologii i anatomii. I ściągi. Tak, muszę się przyznać do tego, że zdarzyło mi się już raz ściągać i to właśnie na mikrobiologii. Po prostu nienawidzę uczyć się o dziwnych stworzonkach (nazywających się np. Acanthamoeba Castellani, Entamoeba Histolytica, Neagleria Fowleri czy Pneumocystis Carini) o których informacji jest po parę stron A4, które mają przeróżne cykle rozwojowe i mnóstwo rzeczy w sobie. Chorób i objawów wyuczyłam się na pamięć, ale z całą resztą nie jestem w stanie sobie poradzić bo najzwyczajniej szkoda mi czasu, którego i tak nie mam. Wolę skupić się na najważniejszych przedmiotach.
A właśnie, nauczyłam się bardzo szybko, że nie mogę być najlepsza, a nawet dobra we wszystkim bo jest to fizycznie niemożliwe. Trzeba czasem stawiać na bylejakość, szczęście, zrządzenie losu i to co najważniejsze. Była to trudna lekcja, ale przyjęłam ją dzielnie i wciąż uczę się tego co powinnam, a czego nie powinnam.
Mam nadzieję, że po środzie (mam za sobą wtedy wszystkie najtrudniejsze przedmioty) opowiem Wam o wykładowcach, zdobytej wiedzy, zaliczeniach i niezaliczeniach, studenckim życiu i wszystkim o czym chce, a nie mam czasu.
Ok, wracam do mikrobiologii, a potem do łóżka.
Wszyscy śpią - Piotrek u siebie, Ada w naszym pokoju i jak na nią patrzę to sama mam ochotę wskoczyć do łóżka i przykryć się kołdrą po czubek nosa. Obiecałam sobie, że nim pójdę spać zrobię parę rzeczy i nie mogę teraz tak po prostu oddać się swojej ulubionej czynności.
Prowadzenie tego bloga jest dużo trudniejsze niż myślałam, ponieważ z powodu nowej sytuacji jaką jest studiowanie, mieszkanie samemu i bardzo duży materiał do nauki mam chyba problemy z organizacją, albo tak to będzie wyglądać zawsze. Od rana do wieczora jestem na uczelni, a potem się uczę. Nierzadko jest tak, że wracam z uczelni koło dwudziestej (w czwartki chwilę przed dwudziestą drugą!), jem coś i biorę się za naukę, nad książkami siedzę do drugiej, a potem po piątej wstaję.
Nigdy nie piłam tak często i tak dużo kaw jak tutaj, naprawdę.
Dziś uczyłam się anatomii, mikrobiologii, pisałam długi referat z dietetyki, doszukiwałam materiałów na prezentację z zakażeń szpitalnych, robiłam notatki z mikrobiologii i anatomii. I ściągi. Tak, muszę się przyznać do tego, że zdarzyło mi się już raz ściągać i to właśnie na mikrobiologii. Po prostu nienawidzę uczyć się o dziwnych stworzonkach (nazywających się np. Acanthamoeba Castellani, Entamoeba Histolytica, Neagleria Fowleri czy Pneumocystis Carini) o których informacji jest po parę stron A4, które mają przeróżne cykle rozwojowe i mnóstwo rzeczy w sobie. Chorób i objawów wyuczyłam się na pamięć, ale z całą resztą nie jestem w stanie sobie poradzić bo najzwyczajniej szkoda mi czasu, którego i tak nie mam. Wolę skupić się na najważniejszych przedmiotach.
A właśnie, nauczyłam się bardzo szybko, że nie mogę być najlepsza, a nawet dobra we wszystkim bo jest to fizycznie niemożliwe. Trzeba czasem stawiać na bylejakość, szczęście, zrządzenie losu i to co najważniejsze. Była to trudna lekcja, ale przyjęłam ją dzielnie i wciąż uczę się tego co powinnam, a czego nie powinnam.
Mam nadzieję, że po środzie (mam za sobą wtedy wszystkie najtrudniejsze przedmioty) opowiem Wam o wykładowcach, zdobytej wiedzy, zaliczeniach i niezaliczeniach, studenckim życiu i wszystkim o czym chce, a nie mam czasu.
Ok, wracam do mikrobiologii, a potem do łóżka.
sobota, 10 października 2015
Żyję. Pierwszy tydzień. Żyję.
Pierwszy tydzień był pełen stresu,
ekscytacji, zachwytu, przerażenia i wszystkich innych możliwych
emocji, ale wynikało to tylko z jednego – NOWEJ SYTUACJI. Nowa
sytuacja jest trudna bo nie wiemy co nas czeka, jak mamy się
zachować, czego od nas oczekują, chcemy wypaść jak najlepiej, ale
nawet nie wiemy czasem jakie kroki podjąć, by tak się stało. Nowi
ludzie, miejsca, tysiące zakamarków, spraw, rzeczy do zapamiętania
i całkiem inna rzeczywistość. Ale nowe, nie znaczy gorsze. Jestem
zadowolona i dziś na wykładzie jak myślałam o tym tygodniu to
uśmiechałam się do siebie i myślałam, że teraz to dopiero się
zacznie ostra nauka i zero psychicznego odpoczynku. Stresów jest
milion – czy autobus przyjedzie na czas abym dotarła na zajęcia
(ostatnio się spóźnił 35 minut), czy zdążę na drugi autobus
którym jadę dalej, czy wykładowca mnie nie zapyta, czy znajdę
sale, czy nie będzie wejściówki, czy wszystko pamiętam, czy
dobrze to robię, czy to i czy tamto. Stres, stres, stres, stres,
stres. Ale jak Cię stres nie zje, a zmotywuje i podniesie ciśnienie
na tyle, że nie ziewasz na wykładzie to znaczy, że jest dobrze.
W przejrzysty sposób przedstawię
KAŻDE zajęcia, które odbyły się w tym tygodniu, ale warto
pamiętać, że niektóre zajęcia są ruchome, więc albo znikną za
jakiś czas na rzecz innych bądź są stałe, ale wymienne z innym
przedmiotem. Czeka mnie więc jeszcze trochę nowości, pewnie na
każdym kroku bo każda informacja tutaj i umiejętność jest dla
mnie nowością przez wielkie N.
Podstawy pielęgniarstwa
Pani była zachwycona, że wszyscy mamy
już mundurki, a ja nie lubię tego mundurka bo wszyscy prawie
wyglądamy jak kucharki, a na dodatek jest to niewygodne i można się
ugotować. Poznaliśmy podstawowe pojęcia związane ze sterylizacją,
aseptyką i innych rzeczach związanych z zakażeniami i higieną w
szpitalu oraz ćwiczyliśmy higieniczne mycie rąk. Nigdy w życiu
nie widziałam, by pielęgniarka odkręcała kran łokciem (bo
zarazki) i myła ręce przez tyle czasu, w taki sposób i na dodatek
każdy fragment powtarzała po pięć razy, ale spoko – zdam to za
tydzień i mam nadzieję, że będę miała spokój. Przez kolejne
cztery godziny bandażowaliśmy siebie nawzajem – czułam się
okropnie, bo spałam tylko dwie godziny z powodu wysokiej gorączki i
złego samopoczucia, a o 4 wstawałam, by dojechać do centrum na
zajęcia. Bandażowanie jest do bani, mamy tysiące sposobów,
przedziwne nazwy (średnio pięć słów przypada na każdą nazwę),
a wszystko musi wyglądać estetycznie. Problem zaczyna się wtedy,
gdy nie wiem która nazwa to który sposób, który sposób od
którego palca (kciuk lub mały, nie wiem co to za różnica) i w
którą stronę bandaż, a na koniec problem pojawia się, gdy
patrzysz i widzisz, że kłos nie jest równy tylko gówniany.
Gówniane kłosy nie przejdą, jestem tego pewna.
Mikrobiologia i Parazytologia
Dwie godziny przerwy między
poprzednimi zajęciami, a mikrobiologią czekałam tylko po to, aby
się dowiedzieć, że za tydzień ktoś robi prezentacje i że
regulamin jest na stronie, a teraz jesteśmy wolni. Jedyne co przez
te osiem minut przyswoiłam to fakt, że wykładowca jest młody, ma
super trampki i świetną marynarkę. A no i że za tydzień
sprawdzian z wiedzy, która dopiero przed nami. Tak, to norma tutaj,
ale może i na każdych studiach – na zajęcia przychodzisz
przygotowana z każdego poprzedniego tematu i z tego, który dopiero
będziesz przerabiać, ponieważ za każdym razem jest z tego test.
Anatomia (ćwiczenia)
Liczyłam, może naiwnie i głupio, że na pierwszych zajęciach pójdziemy do prosektorium i będę piać z zachwytu na widok ludzkich organów i zwłok. Dumnie szłam w swoim furtuchu i szajsowatym czepku, ale okazało się, że tak naprawdę siedziałam przy długim stole, przede mną były SZTUCZNE kości, a ja słuchałam jak Pani opowiada o kościach pokazując wszystko na niepełnosprawnym ze zużycia szkielet. Muszę jednak przyznać, że kobieta jest strasznie zainteresowana tym co robi i miło się jej słucha, choć czuję, że jest to najbardziej wymagający czasu, nauki i poświęceń przedmiot. Nauki, nauki, a nauki.
Liczyłam, może naiwnie i głupio, że na pierwszych zajęciach pójdziemy do prosektorium i będę piać z zachwytu na widok ludzkich organów i zwłok. Dumnie szłam w swoim furtuchu i szajsowatym czepku, ale okazało się, że tak naprawdę siedziałam przy długim stole, przede mną były SZTUCZNE kości, a ja słuchałam jak Pani opowiada o kościach pokazując wszystko na niepełnosprawnym ze zużycia szkielet. Muszę jednak przyznać, że kobieta jest strasznie zainteresowana tym co robi i miło się jej słucha, choć czuję, że jest to najbardziej wymagający czasu, nauki i poświęceń przedmiot. Nauki, nauki, a nauki.
Psychologia (seminarium)
Dobieraliśmy się w pary i przedstawialiśmy siebie nawzajem, a później rozmawialiśmy o historii naszych imion. Zapowiada się miło, a przy okazji dowiedziałam się, że bardzo dużo osób ma inne imię niż mieć miało, ponieważ zakręcony Tata przekręcał, zapominał bądź zmieniał w urzędzie imię. Myślę, że przedmiot mi się przyda, ponieważ będę pracować z ludźmi i muszę wiedzieć jak się z nimi obchodzić.
Dobieraliśmy się w pary i przedstawialiśmy siebie nawzajem, a później rozmawialiśmy o historii naszych imion. Zapowiada się miło, a przy okazji dowiedziałam się, że bardzo dużo osób ma inne imię niż mieć miało, ponieważ zakręcony Tata przekręcał, zapominał bądź zmieniał w urzędzie imię. Myślę, że przedmiot mi się przyda, ponieważ będę pracować z ludźmi i muszę wiedzieć jak się z nimi obchodzić.
Genetyka (ćwiczenia)
Pan niesamowicie stanowczy i śmiejący
się z naszych braków z liceum oraz liczący, że wszystko wiemy i
pamiętamy. Zadania, zadania i cały czas zadania, ale wiem, że to
dopiero początek, bo z tego co czytałam przed nami kosmiczne
rzeczy. I żeby nie było – strasznie fajny ten Pan, ciekawie
opowiada, a ponadto mówi o ciekawych chorobach.
Zakażenia szpitalne
(seminarium)
Najlepszy na świecie prowadzący, tak zabawny, że za śmiechu miałam łzy w oczach, a praktycznie cały czas się uśmiechałam. Może i nie jest najprzystojniejszy, ale ma w sobie taki urok i tak cudowny charakter, że mogłabym zostać jego żoną. Wymagający, to prawda, ale myślę, że to dobrze i nie mogę doczekać się kolejnego seminarium! Na koniec rozdawał tematy prezentacji, ale w sumie nic mi się za bardzo nie podobało poza jednym tematem, który był już zajęty przez dziewczyny, więc zapytał czym się tak naprawdę interesujemy i co byśmy chciały mieć – choroby lub profilaktyka, a więc padło na szczepionki. Jak Pan stwierdził- temat wymagający bo niejednoznaczny, a ponadto mamy zachęcić grupę do dyskusji. I najgorsze jest to, że tak naprawdę jestem osobą nieśmiałą i cholernie stresuję się występami przed publicznością. Matko, wyczuwam stres życia razy sto bo na co drugie zajęcia muszę zrobić prezentację.
Najlepszy na świecie prowadzący, tak zabawny, że za śmiechu miałam łzy w oczach, a praktycznie cały czas się uśmiechałam. Może i nie jest najprzystojniejszy, ale ma w sobie taki urok i tak cudowny charakter, że mogłabym zostać jego żoną. Wymagający, to prawda, ale myślę, że to dobrze i nie mogę doczekać się kolejnego seminarium! Na koniec rozdawał tematy prezentacji, ale w sumie nic mi się za bardzo nie podobało poza jednym tematem, który był już zajęty przez dziewczyny, więc zapytał czym się tak naprawdę interesujemy i co byśmy chciały mieć – choroby lub profilaktyka, a więc padło na szczepionki. Jak Pan stwierdził- temat wymagający bo niejednoznaczny, a ponadto mamy zachęcić grupę do dyskusji. I najgorsze jest to, że tak naprawdę jestem osobą nieśmiałą i cholernie stresuję się występami przed publicznością. Matko, wyczuwam stres życia razy sto bo na co drugie zajęcia muszę zrobić prezentację.
Filozofia i etyka zawodu pielęgniarki
(seminarium)
Zaczęliśmy kodeks pielęgniarek, ale jest to naprawdę ciekawe – warto wiedzieć co możemy, jakie mamy prawa, a jakie obowiązki oraz jak zachować się w danej sytuacji. Pani jest miła, przemiła, wyrozumiała, a ponadto super opowiada, ponieważ wszystko popiera sytuacjami ze szpitala i własnymi przeżyciami. Myślę, że to ta Pani jest sprawczynią tego, że prawie pogodziłam się z pielęgniarstwem i jestem z tego dumna.
Zaczęliśmy kodeks pielęgniarek, ale jest to naprawdę ciekawe – warto wiedzieć co możemy, jakie mamy prawa, a jakie obowiązki oraz jak zachować się w danej sytuacji. Pani jest miła, przemiła, wyrozumiała, a ponadto super opowiada, ponieważ wszystko popiera sytuacjami ze szpitala i własnymi przeżyciami. Myślę, że to ta Pani jest sprawczynią tego, że prawie pogodziłam się z pielęgniarstwem i jestem z tego dumna.
Wychowanie Fizyczne
Pan jest śmieszny i bardzo fajny – spotykamy się zawsze na siłowni i mamy robić co chcemy, ale musimy być aktywni, a nie siedzieć patrząc w sufit. Przez prawie dwie godziny jechałam na rowerku i pewnie dojechałam do Niemiec, a co!
Pan jest śmieszny i bardzo fajny – spotykamy się zawsze na siłowni i mamy robić co chcemy, ale musimy być aktywni, a nie siedzieć patrząc w sufit. Przez prawie dwie godziny jechałam na rowerku i pewnie dojechałam do Niemiec, a co!
Podstawy pielęgniarstwa
(wykład)
Wykłady obowiązkowe, ale bardzo ciekawe – widać, że Pani kocha to co robi i opowiada z taką pasją, że chciało mi się jej słuchać. Byłam strasznie niewyspana, bo dzień wcześniej oblewałam swoje pierwsze POZYTYWNE zaliczenie, a ponadto spałam niecałe cztery godziny – ciągle ziewałam, czułam, że głowa lata mi na wszystkie strony i ze wszystkich sił skupiłam się na tym, aby nie zasnąć. Kawa z automatu zrobiła swoje, a dalsza część wykładu była niesamowita. Ta kobieta ma ogromną wiedzę i chciałabym w przyszłość wiedzieć choć jedną dziesiątą tego co ona.
Wykłady obowiązkowe, ale bardzo ciekawe – widać, że Pani kocha to co robi i opowiada z taką pasją, że chciało mi się jej słuchać. Byłam strasznie niewyspana, bo dzień wcześniej oblewałam swoje pierwsze POZYTYWNE zaliczenie, a ponadto spałam niecałe cztery godziny – ciągle ziewałam, czułam, że głowa lata mi na wszystkie strony i ze wszystkich sił skupiłam się na tym, aby nie zasnąć. Kawa z automatu zrobiła swoje, a dalsza część wykładu była niesamowita. Ta kobieta ma ogromną wiedzę i chciałabym w przyszłość wiedzieć choć jedną dziesiątą tego co ona.
Dietetyka (wykład)
Najgorsza prowadząca i najgorszy wykład, a wszystko przez tą Panią, która sama nie wiedziała co mówi, a wszystko praktycznie cytowała monotonnym głosem ze slajdów. Jej słowa często były niezgodne z prawdą co parę osób odważnie jej powiedziało, a z tym, że ten wykład był beznadziejny chyba zgodzi się każdy. Nie polecam i nie szłabym na to nigdy w życiu, ale jest to niestety warunek zaliczenia.
Najgorsza prowadząca i najgorszy wykład, a wszystko przez tą Panią, która sama nie wiedziała co mówi, a wszystko praktycznie cytowała monotonnym głosem ze slajdów. Jej słowa często były niezgodne z prawdą co parę osób odważnie jej powiedziało, a z tym, że ten wykład był beznadziejny chyba zgodzi się każdy. Nie polecam i nie szłabym na to nigdy w życiu, ale jest to niestety warunek zaliczenia.
Zdrowie publiczne (wykład)
Miałam trzy godzinne okienko, więc szczęśliwa pojechałam do domu. I nie chciało mi się naprawdę wracać na uczelnie, ale to zrobiłam i co? Czekałam prawie pół godziny z prawie dwusetką innych studentów pod salą wykładową, ale nikt się nie pojawił, a nawet nie raczył nas poinformować. Ale co tam, kogo interesuje ponad dwieście studentów, gdzie połowa z nich dojeżdża nawet i trzy godziny.
Miałam trzy godzinne okienko, więc szczęśliwa pojechałam do domu. I nie chciało mi się naprawdę wracać na uczelnie, ale to zrobiłam i co? Czekałam prawie pół godziny z prawie dwusetką innych studentów pod salą wykładową, ale nikt się nie pojawił, a nawet nie raczył nas poinformować. Ale co tam, kogo interesuje ponad dwieście studentów, gdzie połowa z nich dojeżdża nawet i trzy godziny.
Pedagogika (wykład)
Nuda, nuda, nuda i jeszcze raz nuda.
Nuda, nuda, nuda i jeszcze raz nuda.
Pedagogika (seminarium)
Ciekawie, fajnie i wiele można się dowiedzieć, a przede wszystkim zrozumieć pewne zachowania i podejście człowieka w różnych wieku do różnych spraw. Mam nadzieję, ze po tych zajęciach jak i psychologi będę chociaż o kroczek bliżej tego, aby poznać człowieka i lepiej go zrozumieć. Nie ma nic ważniejszego niż umiejętne zrozumienie.
Ciekawie, fajnie i wiele można się dowiedzieć, a przede wszystkim zrozumieć pewne zachowania i podejście człowieka w różnych wieku do różnych spraw. Mam nadzieję, ze po tych zajęciach jak i psychologi będę chociaż o kroczek bliżej tego, aby poznać człowieka i lepiej go zrozumieć. Nie ma nic ważniejszego niż umiejętne zrozumienie.
Podstawy ratownictwa medycznego
(ćwiczenia)
Dwie panie, jedna zabawniejsza od drugiej i pierwsze ćwiczenia, które od razu bez żadnych prób i przygotowań zakończyły się zaliczeniem. Myślałam, że poćwiczymy trochę, ale okazało się, że wstępne badanie pacjenta by ocenić uszkodzenia kości, rany i stan oraz ułożenie go w odpowiedniej pozycji zaliczyliśmy parę minut po tym jak dowiedzieliśmy się jak to wygląda. Zdałam, pozytwnie, jest super.
Dwie panie, jedna zabawniejsza od drugiej i pierwsze ćwiczenia, które od razu bez żadnych prób i przygotowań zakończyły się zaliczeniem. Myślałam, że poćwiczymy trochę, ale okazało się, że wstępne badanie pacjenta by ocenić uszkodzenia kości, rany i stan oraz ułożenie go w odpowiedniej pozycji zaliczyliśmy parę minut po tym jak dowiedzieliśmy się jak to wygląda. Zdałam, pozytwnie, jest super.
Genetyka (wykład)
Myślę, że ta Pani mogłaby sobie przybić piątkę z Panią od dietetyki. Coś czuję, że to psiapsiółki i uwielbiają się najbardziej na świecie, bo i ten wykład był nudny jak karp z makiem. W połowie była przerwa i po moich ponad godzinnych błaganiach Ada się nade mną zlitowała i razem opuściłyśmy salę wykładową udając się na ławki z wydziału lekarskiego. Nigdy więcej się tam nie pojawię.
Myślę, że ta Pani mogłaby sobie przybić piątkę z Panią od dietetyki. Coś czuję, że to psiapsiółki i uwielbiają się najbardziej na świecie, bo i ten wykład był nudny jak karp z makiem. W połowie była przerwa i po moich ponad godzinnych błaganiach Ada się nade mną zlitowała i razem opuściłyśmy salę wykładową udając się na ławki z wydziału lekarskiego. Nigdy więcej się tam nie pojawię.
Anatomia (wykład)
Anatomia jest trudna, dlatego chce
chodzić na te wykłady, choć nie wiem czy są obowiązkowe. Pani
mówi ciekawie, fajnie opowiada, ma niesamowitą wiedzę i wszyscy
wykładowcy się śmieję, że przypadkiem zrobiła doktorat z innego
przedmiotu niż miała i mówi tak szybko jak karabinek maszynowy,
stąd trzeba się bardzo skupić, by wchłonąć choć jedną setną
wiedzy. No i jest najlepsza sala na świecie – w szpitalu, wielka i
dokładnie taka jak na filmach. Z Adą i Piotrem usiedliśmy na samej
górze i na samym środku, więc czułam się jak bogini świata.
I oby kolejne tygodnie były dla mnie
łaskawe... A teraz, w ten piękny sobotni wieczór wrócę do
ćwiczenia bandażowania i uczenia się z anatomii, a w przerwie
popijam kawę i magazynuje notatki na mikrobiologię w poniedziałek.
sobota, 3 października 2015
Jestem studentką - SUKCES NUMER JEDEN!
Wczoraj oficjalnie zostałam studentką - odbyło się przywitanie, składanie przysięgi, zobaczyłam śmiesznie ubranych prorektorów, setki studentów, a potem omal nie zasnęłam na szkoleniu z bhp - naprawdę magia. Oglądałam prezentacje na temat rodzajów gaśnic, słuchałam o tym dlaczego nie można ukłuć się igłą i z czego są zbudowane sale wykładowe, abyśmy się nie spalili. Takich szkoleń nie polecam, ale fajnie było siedzieć w wielkiej auli w WYDZIALE LEKARSKIM i potem korzystać z lekarskiej toalety. Czułam się prawie jak studentka medycyny, miło, naprawdę miło.
Oczywiście nasz uniwersytet już musiał pokazać swoją magiczną stronę o której słyszę z każdej strony - z Adą i Piotrkiem chcieliśmy odebrać legitymacje studencką, staliśmy w kolejce, byliśmy już przy okienko, ale pani z dziekanatu zamknęła go wcześniej i powiedziała, że nas nie przyjmie. No i wszystko byłoby spoko, gdyby nie fakt, że w tygodniu dziekanat urzęduje wtedy, kiedy my mamy zajęcia. Na razie wielkim znakiem zapytania jest to jak odbiorę tą legitymację, ale chyba sprawdzają nasz spryt i odwagę. Bardzo śmieszne, naprawdę, bo muszę jeździć na normalnym bilecie i płacić dwa razy więcej.
Spotkaliśmy się dziś na godzinkę ze studentką, która zaczyna drugi rok - odkupiliśmy materiały, a przy okazji porozmawialiśmy. Rozwiała nasze wątpliwości, pocieszyła i tak naprawdę chyba już się niczego nie obawiam, choć fakt, że na moich pośladkach koleżanka będzie się uczyć robić zastrzyki domięśniowe trochę mnie przeraża, ale tylko trochę.
Piotr na pocieszenie postanowił zrobić szarlotkę z dodatkiem bananów, która wyszła naprawdę dobra. I choć z domu wzięliśmy wszystko poza blachą do ciasta to i z tym sobie poradziliśmy - upiekliśmy ciacho w garnku, więc myślę, że zastrzyki to będzie mały pikuś.
W poniedziałek pierwsze zajęcia o godzinie siódmej w centrum miasta, a więc muszę ruszyć tyłeczek i wsiąść do autobusu już po szóstej, a więc wstać przed piątą. I muszę się nauczyć, ponieważ wszyscy mówią, że będzie WEJŚĆIÓWKA, a rzeczy do nauki jest dość sporo. Nie chciałabym źle wypaść, aby wykładowcy nie wyrobili sobie od razu o mnie złego zdania i potem patrzyli na mnie jak na idiotkę, która nie wie co to aseptyka, choć na chwilę obecną jeszcze nie wiem. Ale się dowiem!
Jestem studentką, ale jaja. Będę chodzić na wykłady, mieć fartuszek, dotykać narządy w prosektorium, dźwigać ciężki i wielki atlas anatomii Nettera i spacerować po oddziałach. Jestem studentką!
Oczywiście nasz uniwersytet już musiał pokazać swoją magiczną stronę o której słyszę z każdej strony - z Adą i Piotrkiem chcieliśmy odebrać legitymacje studencką, staliśmy w kolejce, byliśmy już przy okienko, ale pani z dziekanatu zamknęła go wcześniej i powiedziała, że nas nie przyjmie. No i wszystko byłoby spoko, gdyby nie fakt, że w tygodniu dziekanat urzęduje wtedy, kiedy my mamy zajęcia. Na razie wielkim znakiem zapytania jest to jak odbiorę tą legitymację, ale chyba sprawdzają nasz spryt i odwagę. Bardzo śmieszne, naprawdę, bo muszę jeździć na normalnym bilecie i płacić dwa razy więcej.
Spotkaliśmy się dziś na godzinkę ze studentką, która zaczyna drugi rok - odkupiliśmy materiały, a przy okazji porozmawialiśmy. Rozwiała nasze wątpliwości, pocieszyła i tak naprawdę chyba już się niczego nie obawiam, choć fakt, że na moich pośladkach koleżanka będzie się uczyć robić zastrzyki domięśniowe trochę mnie przeraża, ale tylko trochę.
Piotr na pocieszenie postanowił zrobić szarlotkę z dodatkiem bananów, która wyszła naprawdę dobra. I choć z domu wzięliśmy wszystko poza blachą do ciasta to i z tym sobie poradziliśmy - upiekliśmy ciacho w garnku, więc myślę, że zastrzyki to będzie mały pikuś.
W poniedziałek pierwsze zajęcia o godzinie siódmej w centrum miasta, a więc muszę ruszyć tyłeczek i wsiąść do autobusu już po szóstej, a więc wstać przed piątą. I muszę się nauczyć, ponieważ wszyscy mówią, że będzie WEJŚĆIÓWKA, a rzeczy do nauki jest dość sporo. Nie chciałabym źle wypaść, aby wykładowcy nie wyrobili sobie od razu o mnie złego zdania i potem patrzyli na mnie jak na idiotkę, która nie wie co to aseptyka, choć na chwilę obecną jeszcze nie wiem. Ale się dowiem!
Jestem studentką, ale jaja. Będę chodzić na wykłady, mieć fartuszek, dotykać narządy w prosektorium, dźwigać ciężki i wielki atlas anatomii Nettera i spacerować po oddziałach. Jestem studentką!
piątek, 25 września 2015
Nikt nie pomyśli...
Moja przyjaciółka prawdopodobnie jest na imprezie, mój chłopak bawi się ze znajomymi w barze, a ja zdecydowałam, że posiedzę w domu. Już nawet nie chodzi o to, że słabiej się czuję, ale ostatnio chyba zrobiłam się domatorką.
Przez ostatni rok bardzo dużo czasu spędzdałam poza domem, a jak już w nim byłam to miałam tysiąc rzeczy na głowie. Po wakacjach od razu zaczęłam pracę, a po chwili drugą, jednak nie dając rady pracować dłużej niż parę miesięcy na dwa etaty porzuciłam jedną pracę i skupiłam się na nauce. Nauka była straszna, a gdy skończyła się nauka to praca była jeszcze intensywniejsza, doszła sprzedaż w internetowym sklepie nierzadko po godzinach i dużo zajeć związanych z portalem internetowym, który prowadzę. I jak ustabilizowało się trochę i miałam nieco więcej czasu to okazało się, że studia, że szukanie mieszkania, że przeprowadzka, że dokumenty na stypendium, że książki i tak oto jestem tutaj dzisiaj.
Ostatnio zrobiłam się domatorką, naprawdę. Nie lubię tłumów, nie mam ochoty wychodzić na grupowe spotkania bo skoro z połową osób tam nie rozmawiam to jak mam się dobrze bawić? Wolę spotykać się z tymi na których mi zależy i którzy również mnie lubią, a nie tylko sztucznie się uśmiechają. Nie jest mi przykro, nie jest mi z tym źle, ja to rozumiem i dobrze mi z tym. Lubię siedzieć i pisać, lubię rozmawiać, lubię oglądać z Mamą telewizję, lubię siedzieć u Dziadków, lubię przytulać kota i psa, lubię po prostu czuć się dobrze. I w nosie mam to co powiedzą inni. Już jakiś czas temu przestało mi zależy na tym, co powiedzą inni. Życie z myślą, że jest się stale poddawanym ocenie i trzeba wypaść na szóstkę z plusem jest męczące i tak naprawdę mam wrażenie, że jest życiem na niby. Jestem o wiele szczęśliwsza i pewniejsza siebie od kiedy przestałam zalewać się łzami przez ludzi i przez to co powiedzą. Nie mówię, że nigdy nie jest mi przykro i nigdy nie zwracam na to uwagi, ale na pewno nie tak jak kiedyś. Zrozumiałam, że istnieją źli ludzi, plotki, że ludziom nie warto ufać, a najważniejszą lekcją okazała się rzecz oczywista - opinia ludzi nijak ma się do prawdy. A i jesczeno jedno - już nie staram się, aby każdy mnie lubił i aby z każdym się zakumplować, bo chcąc być miła często więcej na tym traciłam niż zyskiwałam.
Mam gdzieś, jeśli ktoś myśli sobie, że mam nadwagę bo siedzę przed telewizorem i opycham się słodyczami, a w domu nie mam lustra, bo inaczej zaczęłabym biegać. Nikt nie pomyśli, że przez niedoczynność tarczycy przytyłam piętnaście kilo, a moja wada serca nie pozwala mi na wykonywanie ćwiczeń wysiłkowych. Mam w dupie, jeśli ktoś mi mówi, że nie piję alkoholu bo nie potrafię się bawić i jestem dziwna. Nikt nie pomyśli, że przez podejrzenia różnych chorób nie mogę pić alkoholu. Nie interesuje mnie to, że ktoś może uznać, że o siebie nie dbam, ponieważ mam trądzik albo że zrobiłam się nietowarzyska bo nie przychodze na jakieś spotkania. Nikt nie pomyśli, że używałam tysiące maści, odwiedzałam dermatologów i przepłakałam setki nocy przez moją cerę. Mam gdzieś wychodząc z psem w dresie, że ktoś uzna mnie za niechluja i mam po prostu gdzieś opinie ludzi, którzy mnie nie znają i którzy mówią takie brednie, że głowa mała. Uważam, że osoby, który oceniają ludzi tak powierzchownie nawet wtedy, gdy w jakiś sposób je znają są naprawdę nie warte naszego czasu, a co nam po opini osób, które może widzimy ostatni raz w życiu i po prostu ich nie znamy? Nic.
Dwadzieścia lat minęło nim zrozumiałam wiele rzeczy, które są niezwykle proste i tak naprawdę podstawowe, ale cieszę się, że dziś jestem w tym miejscu w którym jestem. Jest mi dobrze, po prostu dobrze.
I choć blog miał być typowym blogiem studentki pielęgniarstwa to prawdopodobnie czasem będę musiała wyrzucić z siebie moje niezwykle inteligetne i odkrwycze przemyślenia, musicie mi to wybaczyć.
Przez ostatni rok bardzo dużo czasu spędzdałam poza domem, a jak już w nim byłam to miałam tysiąc rzeczy na głowie. Po wakacjach od razu zaczęłam pracę, a po chwili drugą, jednak nie dając rady pracować dłużej niż parę miesięcy na dwa etaty porzuciłam jedną pracę i skupiłam się na nauce. Nauka była straszna, a gdy skończyła się nauka to praca była jeszcze intensywniejsza, doszła sprzedaż w internetowym sklepie nierzadko po godzinach i dużo zajeć związanych z portalem internetowym, który prowadzę. I jak ustabilizowało się trochę i miałam nieco więcej czasu to okazało się, że studia, że szukanie mieszkania, że przeprowadzka, że dokumenty na stypendium, że książki i tak oto jestem tutaj dzisiaj.
Ostatnio zrobiłam się domatorką, naprawdę. Nie lubię tłumów, nie mam ochoty wychodzić na grupowe spotkania bo skoro z połową osób tam nie rozmawiam to jak mam się dobrze bawić? Wolę spotykać się z tymi na których mi zależy i którzy również mnie lubią, a nie tylko sztucznie się uśmiechają. Nie jest mi przykro, nie jest mi z tym źle, ja to rozumiem i dobrze mi z tym. Lubię siedzieć i pisać, lubię rozmawiać, lubię oglądać z Mamą telewizję, lubię siedzieć u Dziadków, lubię przytulać kota i psa, lubię po prostu czuć się dobrze. I w nosie mam to co powiedzą inni. Już jakiś czas temu przestało mi zależy na tym, co powiedzą inni. Życie z myślą, że jest się stale poddawanym ocenie i trzeba wypaść na szóstkę z plusem jest męczące i tak naprawdę mam wrażenie, że jest życiem na niby. Jestem o wiele szczęśliwsza i pewniejsza siebie od kiedy przestałam zalewać się łzami przez ludzi i przez to co powiedzą. Nie mówię, że nigdy nie jest mi przykro i nigdy nie zwracam na to uwagi, ale na pewno nie tak jak kiedyś. Zrozumiałam, że istnieją źli ludzi, plotki, że ludziom nie warto ufać, a najważniejszą lekcją okazała się rzecz oczywista - opinia ludzi nijak ma się do prawdy. A i jesczeno jedno - już nie staram się, aby każdy mnie lubił i aby z każdym się zakumplować, bo chcąc być miła często więcej na tym traciłam niż zyskiwałam.
Mam gdzieś, jeśli ktoś myśli sobie, że mam nadwagę bo siedzę przed telewizorem i opycham się słodyczami, a w domu nie mam lustra, bo inaczej zaczęłabym biegać. Nikt nie pomyśli, że przez niedoczynność tarczycy przytyłam piętnaście kilo, a moja wada serca nie pozwala mi na wykonywanie ćwiczeń wysiłkowych. Mam w dupie, jeśli ktoś mi mówi, że nie piję alkoholu bo nie potrafię się bawić i jestem dziwna. Nikt nie pomyśli, że przez podejrzenia różnych chorób nie mogę pić alkoholu. Nie interesuje mnie to, że ktoś może uznać, że o siebie nie dbam, ponieważ mam trądzik albo że zrobiłam się nietowarzyska bo nie przychodze na jakieś spotkania. Nikt nie pomyśli, że używałam tysiące maści, odwiedzałam dermatologów i przepłakałam setki nocy przez moją cerę. Mam gdzieś wychodząc z psem w dresie, że ktoś uzna mnie za niechluja i mam po prostu gdzieś opinie ludzi, którzy mnie nie znają i którzy mówią takie brednie, że głowa mała. Uważam, że osoby, który oceniają ludzi tak powierzchownie nawet wtedy, gdy w jakiś sposób je znają są naprawdę nie warte naszego czasu, a co nam po opini osób, które może widzimy ostatni raz w życiu i po prostu ich nie znamy? Nic.
Dwadzieścia lat minęło nim zrozumiałam wiele rzeczy, które są niezwykle proste i tak naprawdę podstawowe, ale cieszę się, że dziś jestem w tym miejscu w którym jestem. Jest mi dobrze, po prostu dobrze.
I choć blog miał być typowym blogiem studentki pielęgniarstwa to prawdopodobnie czasem będę musiała wyrzucić z siebie moje niezwykle inteligetne i odkrwycze przemyślenia, musicie mi to wybaczyć.
czwartek, 24 września 2015
Trzy, dwa jeden... - przygotowania czas zakończyć!
Dziś oficjalnie zakończyłam przygotowania na moje pielęgniarskie studia co zapieczętowałam kupnem odpowiednich butów w których o dziwo nie wyglądam jak klaun, co innego zaś w moim mundurku, ale do tego dojdziemy zaraz....
Swoje przygotowania to studiów rozpoczęłam w momencie w którym dowiedziałam się, że dostałam się na studia. Na szczęście bez problemu w pierwszej turze na liście studentów pojawił się tajemniczy ciąg cyferek, który został mi przydzielony, więc odetchnęłam z ulgą czekając tylko aż moja przyjaciółka w kolejnej turze się dostanie. Byłam pewna, że jej się uda i dopiero w dniu w którym faktycznie tak się stało to i ja byłam szczęśliwa - szczęście najbliższych jest dla mnie najważniejsze, a patrząc na zmartwioną przyjaciółkę nie byłam w stanie skakać z radości.
Oglądałam przeróżne filmiki na youtube związane z pielęgniarstwem, pisałam po studentkach z roku wyżej zadając im setki pytań, kupiłam fartuch i czepek (wyglądam jak rzeźnik w masarni, serio), zaczęłam kolekcjonować książki łapiąc się za głowę ile to wszystko kosztuje... Wszystko mnie stresowało - czy kupię dobry fartuch, co tak naprawdę muszę kupić, czy chusta jest obowiązkowa, co z fartuchem do laboratorium, a czy buty mogą mieć kropki, czy muszę mieć dwa mundurki, jakie książki, a dlaczego ta książka nie, czy ten stetoskop jest obowiązkowy, ale co z tym książkami?
Swoje przygotowania to studiów rozpoczęłam w momencie w którym dowiedziałam się, że dostałam się na studia. Na szczęście bez problemu w pierwszej turze na liście studentów pojawił się tajemniczy ciąg cyferek, który został mi przydzielony, więc odetchnęłam z ulgą czekając tylko aż moja przyjaciółka w kolejnej turze się dostanie. Byłam pewna, że jej się uda i dopiero w dniu w którym faktycznie tak się stało to i ja byłam szczęśliwa - szczęście najbliższych jest dla mnie najważniejsze, a patrząc na zmartwioną przyjaciółkę nie byłam w stanie skakać z radości.
Oglądałam przeróżne filmiki na youtube związane z pielęgniarstwem, pisałam po studentkach z roku wyżej zadając im setki pytań, kupiłam fartuch i czepek (wyglądam jak rzeźnik w masarni, serio), zaczęłam kolekcjonować książki łapiąc się za głowę ile to wszystko kosztuje... Wszystko mnie stresowało - czy kupię dobry fartuch, co tak naprawdę muszę kupić, czy chusta jest obowiązkowa, co z fartuchem do laboratorium, a czy buty mogą mieć kropki, czy muszę mieć dwa mundurki, jakie książki, a dlaczego ta książka nie, czy ten stetoskop jest obowiązkowy, ale co z tym książkami?
Dużym wyzwaniem były dla mnie trzy rzeczy - wynajem mieszkania i wszystko co się z tym wiąże (o tym opowiem następnym razem), zdobycie pieniędzy na studia oraz zakup pielęgniarskiego mundurka. Ostatecznie kupiłam mundurek w bardzo dużym rozmiarze, aby przy ruchach ręką bądź wyprostowaniu się guziki nie rozpinały się jeden za drugim, ponieważ mam niewymiarowo duże piersi! W fartuchu anatomicznym wyglądam jak rzeźnik, a w mundurka jak Babcia Klozetowa, a więc coś czuję, że bardzo trudno będzie zgadnąć, żę tak naprawdę studiuję pielęgniarstwo!
Wiecie, dla mnie przygotowania do studiów to trochę jak przygotowania do lotu w kosmos. Nigdy nie byłam studentką i przeraża mnie wszystko to co wiąże się ze Śląskim Uniwersytetem Medycznym ponieważ jest to dla mnie całkiem nowe miejsce. Nowe miejsce, nowi ludzie, nowe mieszkanie, nowy tryb życia, ogromna ilość nauki, nowe zadania - dosłowanie wszystko nowe i to przez duże "N". Myślę, że nie jestem jedyną, która boi się tego co nieznane, ale z czasem zawsze to mija, a nieznane okazuje się tak piękne i ekscytujące, że śmieję się z siebie samej, że byłam na tyle głupia, by się stresować.
Wiecie, dla mnie przygotowania do studiów to trochę jak przygotowania do lotu w kosmos. Nigdy nie byłam studentką i przeraża mnie wszystko to co wiąże się ze Śląskim Uniwersytetem Medycznym ponieważ jest to dla mnie całkiem nowe miejsce. Nowe miejsce, nowi ludzie, nowe mieszkanie, nowy tryb życia, ogromna ilość nauki, nowe zadania - dosłowanie wszystko nowe i to przez duże "N". Myślę, że nie jestem jedyną, która boi się tego co nieznane, ale z czasem zawsze to mija, a nieznane okazuje się tak piękne i ekscytujące, że śmieję się z siebie samej, że byłam na tyle głupia, by się stresować.
Cóż, do przeprowadzki został jeszcze pięć dni, a ja jeszcze nie zaczęłam wariować z tęsknoty, rozpaczy, stresu i żalu. Jedyne co czuję to ekscytacja, bo nigdy nie byłam w kosmosie!
niedziela, 20 września 2015
Lepsza niż lekarz?
Zdaję sobie sprawę z tego, że tytuł bloga może budzić u niektórych kontrowersje, połowa osób od razu weźmie mnie za przemądrzałą małpę z ego wyższym niż dziesięciopiętrowe bloki, a lekarze będą chcieli odrąbać mi głowę. Z tego powodu postanowiłam, że się wytłumaczę - chciałam być lekarzem, nie udało się, znalazłam sto powodów, aby uwierzyć, że bycie pielęgniarką jest lepsze od bycia lekarzem, a to wszystko po to, aby mniej bolało.
Mama mówi, że już jako małe dziecko chodziłam ze stetoskopem i powtarzałam "Mamo, ja chcem być lekasem i lecyć cholych ludzi", płakałam oglądając "Na dobre i na złe", że nie mogę już "lobić opelacji na otwaltym selcu", a wizyty u lekarza były spełnieniem moich marzeń. W gruncie rzeczy do dzisiaj nic się nie zmieniło! Naprawdę od zawsze czułam, że chce być lekarzem, uwielbiałam oglądać medyczne programy i byłam w stanie wstać nawet o piątej, by oglądać półgodzinny program kręcony na żywo w jednym z polskich szpitalu, a gdy ktoś z mojej rodziny był w szpitalu to siedziałam tam od rana do wieczora. Jakkolwiek głupio to zabrzmi to kocham szpitale i czuję się w nich naprawdę dobrze, uwielbiam ten zapach, krzątający się personel, sam fakt przebywania w tym miejscu wydaje mi się świętością. Mieszkam blisko szpitala, więc pod moimi oknami non stop jeżdżą karetki, a ja wciąż za każdym razem lecę na balkon, by zobaczyć jaka karetka jedzie i móc jeszcze głośniej usłyszeć jej wyjące syreny. Dość dużo choruje, co wiąże się z pobytami w szpitalach, wykonywaniem różnych badań i bieganiem po specjalista, więc kontakt z medycznym światem nie jest mi obcy. Nierzadko wzruszam się i chce mi się po prostu z niewiadomych przyczyn płakać, gdy rozmawiam z lekarzem albo widzę idącego dumnie lekarza w fartuchu ze stetoskopem. Jestem dumna z każdego człowieka, który został lekarzem, niesamowicie ich cenię i kocham miłością bezwzględną na swój własny sposób. Chciałabym najlepszym lekarzom wybudować pomnik i czcić ich wiedzę, dobro i wielkie serce, ale jednocześnie bardzo im zazdroszczę tego, że im się udało, a mi nie.
Rok temu pisałam maturę, wybrałam oczywiście rozszerzoną biologię i chemię i choć wszystkie przedmioty poszły mi zadziwiająco dobrze to na tych najważniejszych nieco poległam. Nie był to wynik dający mi szansę na studia medyczne, więc uznałam, że za rok poprawię maturę i na pewno się dostanę. Ciężko pracowałam od rana do wieczora (przez jakiś czas nawet na dwóch etatach), by zarobić na korepetycji z chemii, która do teraz jest dl amnie czarną magią, a jeszcze ciężej się uczyłam. Naprawdę bardzo dużo się uczyłam i wszystko podporząkowałam i poświęciłam naucę - ze snem i życiem towarzyskim na czele. Uczyłam się od rana do wieczora, dzień w dzień przez parę miesięcy, przerobiłam wszystkie matury, tysiące zadań, przeczytałam tysiące stron. Pierwszy raz w życiu czułam fizyczny ból, mdłości i ból głowy za sprawą ogromnej ilości czasu poświęconych na naukę, było to dość dziwne uczucie, którego doświadczyłam pierwszy raz w życiu, ale jak się okazało pod koniec czerwca - mój wynik wciąż nie jest wynikiem na lekarski. Planem awaryjnym było pielęgniarstwo, więc złożyłam papiery i dostałam się w pierwszej turze, niby szczęśliwa, a niby nieszczęśliwa. Za dziesięć dni zaczynam studia i wciąż się zastanawiam, czy za rok znów poprawiać maturę i spróbować, czy poświęcić się całkowicie nauce i praktyce, która pozowli mi zostać najlepszą pielęgniarką świata? Chciałabym po prostu być z siebie dumna, spełnić swoje marzenie, robić to co kocham i pomagać innym, ale w gruncie rzeczy będąc pielęgniarką też mogę tego dokonać. Po prostu boję się, że zawsze będzie mi się chciało płakać na widok lekarza, będę na siebie zła, a widząc studenta medycyny będę knuła plan zabójstwa.
Chciałam być lekarzem, nie udało się, znalazłam sto powodów, aby uwierzyć, że bycie pielęgniarką jest lepsze od bycia lekarzem, a to wszystko po to, aby mniej bolało.
I choć boli cholernie to wierzę, że bycie pielęniarką jest najlepszym zawodem jaki mogłam wybrać i dołożę wszelkich starań, by być najlepszą pielęgniarką na świecie.
Mama mówi, że już jako małe dziecko chodziłam ze stetoskopem i powtarzałam "Mamo, ja chcem być lekasem i lecyć cholych ludzi", płakałam oglądając "Na dobre i na złe", że nie mogę już "lobić opelacji na otwaltym selcu", a wizyty u lekarza były spełnieniem moich marzeń. W gruncie rzeczy do dzisiaj nic się nie zmieniło! Naprawdę od zawsze czułam, że chce być lekarzem, uwielbiałam oglądać medyczne programy i byłam w stanie wstać nawet o piątej, by oglądać półgodzinny program kręcony na żywo w jednym z polskich szpitalu, a gdy ktoś z mojej rodziny był w szpitalu to siedziałam tam od rana do wieczora. Jakkolwiek głupio to zabrzmi to kocham szpitale i czuję się w nich naprawdę dobrze, uwielbiam ten zapach, krzątający się personel, sam fakt przebywania w tym miejscu wydaje mi się świętością. Mieszkam blisko szpitala, więc pod moimi oknami non stop jeżdżą karetki, a ja wciąż za każdym razem lecę na balkon, by zobaczyć jaka karetka jedzie i móc jeszcze głośniej usłyszeć jej wyjące syreny. Dość dużo choruje, co wiąże się z pobytami w szpitalach, wykonywaniem różnych badań i bieganiem po specjalista, więc kontakt z medycznym światem nie jest mi obcy. Nierzadko wzruszam się i chce mi się po prostu z niewiadomych przyczyn płakać, gdy rozmawiam z lekarzem albo widzę idącego dumnie lekarza w fartuchu ze stetoskopem. Jestem dumna z każdego człowieka, który został lekarzem, niesamowicie ich cenię i kocham miłością bezwzględną na swój własny sposób. Chciałabym najlepszym lekarzom wybudować pomnik i czcić ich wiedzę, dobro i wielkie serce, ale jednocześnie bardzo im zazdroszczę tego, że im się udało, a mi nie.
Rok temu pisałam maturę, wybrałam oczywiście rozszerzoną biologię i chemię i choć wszystkie przedmioty poszły mi zadziwiająco dobrze to na tych najważniejszych nieco poległam. Nie był to wynik dający mi szansę na studia medyczne, więc uznałam, że za rok poprawię maturę i na pewno się dostanę. Ciężko pracowałam od rana do wieczora (przez jakiś czas nawet na dwóch etatach), by zarobić na korepetycji z chemii, która do teraz jest dl amnie czarną magią, a jeszcze ciężej się uczyłam. Naprawdę bardzo dużo się uczyłam i wszystko podporząkowałam i poświęciłam naucę - ze snem i życiem towarzyskim na czele. Uczyłam się od rana do wieczora, dzień w dzień przez parę miesięcy, przerobiłam wszystkie matury, tysiące zadań, przeczytałam tysiące stron. Pierwszy raz w życiu czułam fizyczny ból, mdłości i ból głowy za sprawą ogromnej ilości czasu poświęconych na naukę, było to dość dziwne uczucie, którego doświadczyłam pierwszy raz w życiu, ale jak się okazało pod koniec czerwca - mój wynik wciąż nie jest wynikiem na lekarski. Planem awaryjnym było pielęgniarstwo, więc złożyłam papiery i dostałam się w pierwszej turze, niby szczęśliwa, a niby nieszczęśliwa. Za dziesięć dni zaczynam studia i wciąż się zastanawiam, czy za rok znów poprawiać maturę i spróbować, czy poświęcić się całkowicie nauce i praktyce, która pozowli mi zostać najlepszą pielęgniarką świata? Chciałabym po prostu być z siebie dumna, spełnić swoje marzenie, robić to co kocham i pomagać innym, ale w gruncie rzeczy będąc pielęgniarką też mogę tego dokonać. Po prostu boję się, że zawsze będzie mi się chciało płakać na widok lekarza, będę na siebie zła, a widząc studenta medycyny będę knuła plan zabójstwa.
Chciałam być lekarzem, nie udało się, znalazłam sto powodów, aby uwierzyć, że bycie pielęgniarką jest lepsze od bycia lekarzem, a to wszystko po to, aby mniej bolało.
I choć boli cholernie to wierzę, że bycie pielęniarką jest najlepszym zawodem jaki mogłam wybrać i dołożę wszelkich starań, by być najlepszą pielęgniarką na świecie.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)