Przez ostatni rok bardzo dużo czasu spędzdałam poza domem, a jak już w nim byłam to miałam tysiąc rzeczy na głowie. Po wakacjach od razu zaczęłam pracę, a po chwili drugą, jednak nie dając rady pracować dłużej niż parę miesięcy na dwa etaty porzuciłam jedną pracę i skupiłam się na nauce. Nauka była straszna, a gdy skończyła się nauka to praca była jeszcze intensywniejsza, doszła sprzedaż w internetowym sklepie nierzadko po godzinach i dużo zajeć związanych z portalem internetowym, który prowadzę. I jak ustabilizowało się trochę i miałam nieco więcej czasu to okazało się, że studia, że szukanie mieszkania, że przeprowadzka, że dokumenty na stypendium, że książki i tak oto jestem tutaj dzisiaj.
Ostatnio zrobiłam się domatorką, naprawdę. Nie lubię tłumów, nie mam ochoty wychodzić na grupowe spotkania bo skoro z połową osób tam nie rozmawiam to jak mam się dobrze bawić? Wolę spotykać się z tymi na których mi zależy i którzy również mnie lubią, a nie tylko sztucznie się uśmiechają. Nie jest mi przykro, nie jest mi z tym źle, ja to rozumiem i dobrze mi z tym. Lubię siedzieć i pisać, lubię rozmawiać, lubię oglądać z Mamą telewizję, lubię siedzieć u Dziadków, lubię przytulać kota i psa, lubię po prostu czuć się dobrze. I w nosie mam to co powiedzą inni. Już jakiś czas temu przestało mi zależy na tym, co powiedzą inni. Życie z myślą, że jest się stale poddawanym ocenie i trzeba wypaść na szóstkę z plusem jest męczące i tak naprawdę mam wrażenie, że jest życiem na niby. Jestem o wiele szczęśliwsza i pewniejsza siebie od kiedy przestałam zalewać się łzami przez ludzi i przez to co powiedzą. Nie mówię, że nigdy nie jest mi przykro i nigdy nie zwracam na to uwagi, ale na pewno nie tak jak kiedyś. Zrozumiałam, że istnieją źli ludzi, plotki, że ludziom nie warto ufać, a najważniejszą lekcją okazała się rzecz oczywista - opinia ludzi nijak ma się do prawdy. A i jesczeno jedno - już nie staram się, aby każdy mnie lubił i aby z każdym się zakumplować, bo chcąc być miła często więcej na tym traciłam niż zyskiwałam.
Mam gdzieś, jeśli ktoś myśli sobie, że mam nadwagę bo siedzę przed telewizorem i opycham się słodyczami, a w domu nie mam lustra, bo inaczej zaczęłabym biegać. Nikt nie pomyśli, że przez niedoczynność tarczycy przytyłam piętnaście kilo, a moja wada serca nie pozwala mi na wykonywanie ćwiczeń wysiłkowych. Mam w dupie, jeśli ktoś mi mówi, że nie piję alkoholu bo nie potrafię się bawić i jestem dziwna. Nikt nie pomyśli, że przez podejrzenia różnych chorób nie mogę pić alkoholu. Nie interesuje mnie to, że ktoś może uznać, że o siebie nie dbam, ponieważ mam trądzik albo że zrobiłam się nietowarzyska bo nie przychodze na jakieś spotkania. Nikt nie pomyśli, że używałam tysiące maści, odwiedzałam dermatologów i przepłakałam setki nocy przez moją cerę. Mam gdzieś wychodząc z psem w dresie, że ktoś uzna mnie za niechluja i mam po prostu gdzieś opinie ludzi, którzy mnie nie znają i którzy mówią takie brednie, że głowa mała. Uważam, że osoby, który oceniają ludzi tak powierzchownie nawet wtedy, gdy w jakiś sposób je znają są naprawdę nie warte naszego czasu, a co nam po opini osób, które może widzimy ostatni raz w życiu i po prostu ich nie znamy? Nic.
Dwadzieścia lat minęło nim zrozumiałam wiele rzeczy, które są niezwykle proste i tak naprawdę podstawowe, ale cieszę się, że dziś jestem w tym miejscu w którym jestem. Jest mi dobrze, po prostu dobrze.
I choć blog miał być typowym blogiem studentki pielęgniarstwa to prawdopodobnie czasem będę musiała wyrzucić z siebie moje niezwykle inteligetne i odkrwycze przemyślenia, musicie mi to wybaczyć.