piątek, 25 września 2015

Nikt nie pomyśli...

Moja przyjaciółka prawdopodobnie jest na imprezie, mój chłopak bawi się ze znajomymi w barze, a ja zdecydowałam, że posiedzę w domu. Już nawet nie chodzi o to, że słabiej się czuję, ale ostatnio chyba zrobiłam się domatorką.

Przez ostatni rok bardzo dużo czasu spędzdałam poza domem, a jak już w nim byłam to miałam tysiąc rzeczy na głowie. Po wakacjach od razu zaczęłam pracę, a po chwili drugą, jednak nie dając rady pracować dłużej niż parę miesięcy na dwa etaty porzuciłam jedną pracę i skupiłam się na nauce. Nauka była straszna, a gdy skończyła się nauka to praca była jeszcze intensywniejsza, doszła sprzedaż w internetowym sklepie nierzadko po godzinach i dużo zajeć związanych z portalem internetowym, który prowadzę. I jak ustabilizowało się trochę i miałam nieco więcej czasu to okazało się, że studia, że szukanie mieszkania, że przeprowadzka, że dokumenty na stypendium, że książki i tak oto jestem tutaj dzisiaj.

Ostatnio zrobiłam się domatorką, naprawdę. Nie lubię tłumów, nie mam ochoty wychodzić na grupowe spotkania bo skoro z połową osób tam nie rozmawiam to jak mam się dobrze bawić? Wolę spotykać się z tymi na których mi zależy i którzy również mnie lubią, a nie tylko sztucznie się uśmiechają. Nie jest mi przykro, nie jest mi z tym źle, ja to rozumiem i dobrze mi z tym. Lubię siedzieć i pisać, lubię rozmawiać, lubię oglądać z Mamą telewizję, lubię siedzieć u Dziadków, lubię przytulać kota i psa, lubię po prostu czuć się dobrze. I w nosie mam to co powiedzą inni. Już jakiś czas temu przestało mi zależy na tym, co powiedzą inni. Życie z myślą, że jest się stale poddawanym ocenie i trzeba wypaść na szóstkę z plusem jest męczące i tak naprawdę mam wrażenie, że jest życiem na niby. Jestem o wiele szczęśliwsza i pewniejsza siebie od kiedy przestałam zalewać się łzami przez ludzi i przez to co powiedzą. Nie mówię, że nigdy nie jest mi przykro i nigdy nie zwracam na to uwagi, ale na pewno nie tak jak kiedyś. Zrozumiałam, że istnieją źli ludzi, plotki, że ludziom nie warto ufać, a najważniejszą lekcją okazała się rzecz oczywista - opinia ludzi nijak ma się do prawdy. A i jesczeno jedno - już nie staram się, aby każdy mnie lubił i aby z każdym się zakumplować, bo chcąc być miła często więcej na tym traciłam niż zyskiwałam.

Mam gdzieś, jeśli ktoś myśli sobie, że mam nadwagę bo siedzę przed telewizorem i opycham się słodyczami, a w domu nie mam lustra, bo inaczej zaczęłabym biegać. Nikt nie pomyśli, że przez niedoczynność tarczycy przytyłam piętnaście kilo, a moja wada serca nie pozwala mi na wykonywanie ćwiczeń wysiłkowych. Mam w dupie, jeśli ktoś mi mówi, że nie piję alkoholu bo nie potrafię się bawić i jestem dziwna. Nikt nie pomyśli, że przez podejrzenia różnych chorób nie mogę pić alkoholu. Nie interesuje mnie to, że ktoś może uznać, że o siebie nie dbam, ponieważ mam trądzik albo że zrobiłam się nietowarzyska bo nie przychodze na jakieś spotkania. Nikt nie pomyśli, że używałam tysiące maści, odwiedzałam dermatologów i przepłakałam setki nocy przez moją cerę. Mam gdzieś wychodząc z psem w dresie, że ktoś uzna mnie za niechluja i mam po prostu gdzieś opinie ludzi, którzy mnie nie znają i którzy mówią takie brednie, że głowa mała. Uważam, że osoby, który oceniają ludzi tak powierzchownie nawet wtedy, gdy w jakiś sposób je znają są naprawdę nie warte naszego czasu, a co nam po opini osób, które może widzimy ostatni raz w życiu i po prostu ich nie znamy? Nic. 

Dwadzieścia lat minęło nim zrozumiałam wiele rzeczy, które są niezwykle proste i tak naprawdę podstawowe, ale cieszę się, że dziś jestem w tym miejscu w którym jestem. Jest mi dobrze, po prostu dobrze.

I choć blog miał być typowym blogiem studentki pielęgniarstwa to prawdopodobnie czasem będę musiała wyrzucić z siebie moje niezwykle inteligetne i odkrwycze przemyślenia, musicie mi to wybaczyć. 

czwartek, 24 września 2015

Trzy, dwa jeden... - przygotowania czas zakończyć!

Dziś oficjalnie zakończyłam przygotowania na moje pielęgniarskie studia co zapieczętowałam kupnem odpowiednich butów w których o dziwo nie wyglądam jak klaun, co innego zaś w moim mundurku, ale do tego dojdziemy zaraz....

Swoje przygotowania to studiów rozpoczęłam w momencie w którym dowiedziałam się, że dostałam się na studia. Na szczęście bez problemu w pierwszej turze na liście studentów pojawił się tajemniczy ciąg cyferek, który został mi przydzielony, więc odetchnęłam z ulgą czekając tylko aż moja przyjaciółka w kolejnej turze się dostanie. Byłam pewna, że jej się uda i dopiero w dniu w którym faktycznie tak się stało to i ja byłam szczęśliwa - szczęście najbliższych jest dla mnie najważniejsze, a patrząc na zmartwioną przyjaciółkę nie byłam w stanie skakać z radości.

Oglądałam przeróżne filmiki na youtube związane z pielęgniarstwem, pisałam po studentkach z roku wyżej zadając im setki pytań, kupiłam fartuch i czepek (wyglądam jak rzeźnik w masarni, serio), zaczęłam kolekcjonować książki łapiąc się za głowę ile to wszystko kosztuje... Wszystko mnie stresowało - czy kupię dobry fartuch, co tak naprawdę muszę kupić, czy chusta jest obowiązkowa, co z fartuchem do laboratorium, a czy buty mogą mieć kropki, czy muszę mieć dwa mundurki, jakie książki, a dlaczego ta książka nie, czy ten stetoskop jest obowiązkowy, ale co z tym książkami?

Dużym wyzwaniem były dla mnie trzy rzeczy - wynajem mieszkania i wszystko co się z tym wiąże (o tym opowiem następnym razem), zdobycie pieniędzy na studia oraz zakup pielęgniarskiego mundurka. Ostatecznie kupiłam mundurek w bardzo dużym rozmiarze, aby przy ruchach ręką bądź wyprostowaniu się guziki nie rozpinały się jeden za drugim, ponieważ mam niewymiarowo duże piersi! W fartuchu anatomicznym wyglądam jak rzeźnik, a w mundurka jak Babcia Klozetowa, a więc coś czuję, że bardzo trudno będzie zgadnąć, żę tak naprawdę studiuję pielęgniarstwo!

Wiecie, dla mnie przygotowania do studiów to trochę jak przygotowania do lotu w kosmos. Nigdy nie byłam studentką i przeraża mnie wszystko to co wiąże się ze Śląskim Uniwersytetem Medycznym ponieważ jest to dla mnie całkiem nowe miejsce. Nowe miejsce, nowi ludzie, nowe mieszkanie, nowy tryb życia, ogromna ilość nauki, nowe zadania - dosłowanie wszystko nowe i to przez duże "N". Myślę, że nie jestem jedyną, która boi się tego co nieznane, ale z czasem zawsze to mija, a nieznane okazuje się tak piękne i ekscytujące, że śmieję się z siebie samej, że byłam na tyle głupia, by się stresować.

Cóż, do przeprowadzki został jeszcze pięć dni, a ja jeszcze nie zaczęłam wariować z tęsknoty, rozpaczy, stresu i żalu. Jedyne co czuję to ekscytacja, bo nigdy nie byłam w kosmosie!

niedziela, 20 września 2015

Lepsza niż lekarz?

Zdaję sobie sprawę z tego, że tytuł bloga może budzić u niektórych kontrowersje, połowa osób od razu weźmie mnie za przemądrzałą małpę z ego wyższym niż dziesięciopiętrowe bloki, a lekarze będą chcieli odrąbać mi głowę. Z tego powodu postanowiłam, że się wytłumaczę - chciałam być lekarzem, nie udało się, znalazłam sto powodów, aby uwierzyć, że bycie pielęgniarką jest lepsze od bycia lekarzem, a to wszystko po to, aby mniej bolało.

Mama mówi, że już jako małe dziecko chodziłam ze stetoskopem i powtarzałam "Mamo, ja chcem być lekasem i lecyć cholych ludzi", płakałam oglądając "Na dobre i na złe", że nie mogę już "lobić opelacji na otwaltym selcu", a wizyty u lekarza były spełnieniem moich marzeń. W gruncie rzeczy do dzisiaj nic się nie zmieniło! Naprawdę od zawsze czułam, że chce być lekarzem, uwielbiałam oglądać medyczne programy i byłam w stanie wstać nawet o piątej, by oglądać półgodzinny program kręcony na żywo w jednym z polskich szpitalu, a gdy ktoś z mojej rodziny był w szpitalu to siedziałam tam od rana do wieczora. Jakkolwiek głupio to zabrzmi to kocham szpitale i czuję się w nich naprawdę dobrze, uwielbiam ten zapach, krzątający się personel, sam fakt przebywania w tym miejscu wydaje mi się świętością. Mieszkam blisko szpitala, więc pod moimi oknami non stop jeżdżą karetki, a ja wciąż za każdym razem lecę na balkon, by zobaczyć jaka karetka jedzie i móc jeszcze głośniej usłyszeć jej wyjące syreny. Dość dużo choruje, co wiąże się z pobytami w szpitalach, wykonywaniem różnych badań i bieganiem po specjalista, więc kontakt z medycznym światem nie jest mi obcy. Nierzadko wzruszam się i chce mi się po prostu z niewiadomych przyczyn płakać, gdy rozmawiam z lekarzem albo widzę idącego dumnie lekarza w fartuchu ze stetoskopem. Jestem dumna z każdego człowieka, który został lekarzem, niesamowicie ich cenię i kocham miłością bezwzględną na swój własny sposób. Chciałabym najlepszym lekarzom wybudować pomnik i czcić ich wiedzę, dobro i wielkie serce, ale jednocześnie bardzo im zazdroszczę tego, że im się udało, a mi nie.

Rok temu pisałam maturę, wybrałam oczywiście rozszerzoną biologię i chemię i choć wszystkie przedmioty poszły mi zadziwiająco dobrze to na tych najważniejszych nieco poległam. Nie był to wynik dający mi szansę na studia medyczne, więc uznałam, że za rok poprawię maturę i na pewno się dostanę. Ciężko pracowałam od rana do wieczora (przez jakiś czas nawet na dwóch etatach), by zarobić na korepetycji z chemii, która do teraz jest dl amnie czarną magią, a jeszcze ciężej się uczyłam. Naprawdę bardzo dużo się uczyłam i wszystko podporząkowałam i poświęciłam naucę - ze snem i życiem towarzyskim na czele. Uczyłam się od rana do wieczora, dzień w dzień przez parę miesięcy, przerobiłam wszystkie matury, tysiące zadań, przeczytałam tysiące stron. Pierwszy raz w życiu czułam fizyczny ból, mdłości i ból głowy za sprawą ogromnej ilości czasu poświęconych na naukę, było to dość dziwne uczucie, którego doświadczyłam pierwszy raz w życiu, ale jak się okazało pod koniec czerwca - mój wynik wciąż nie jest wynikiem na lekarski. Planem awaryjnym było pielęgniarstwo, więc złożyłam papiery i dostałam się w pierwszej turze, niby szczęśliwa, a niby nieszczęśliwa. Za dziesięć dni zaczynam studia i wciąż się zastanawiam, czy za rok znów poprawiać maturę i spróbować, czy poświęcić się całkowicie nauce i praktyce, która pozowli mi zostać najlepszą pielęgniarką świata? Chciałabym po prostu być z siebie dumna, spełnić swoje marzenie, robić to co kocham i pomagać innym, ale w gruncie rzeczy będąc pielęgniarką też mogę tego dokonać. Po prostu boję się, że zawsze będzie mi się chciało płakać na widok lekarza, będę na siebie zła, a widząc studenta medycyny będę knuła plan zabójstwa.

Chciałam być lekarzem, nie udało się, znalazłam sto powodów, aby uwierzyć, że bycie pielęgniarką jest lepsze od bycia lekarzem, a to wszystko po to, aby mniej bolało.

I choć boli cholernie to wierzę, że bycie pielęniarką jest najlepszym zawodem jaki mogłam wybrać i dołożę wszelkich starań, by być najlepszą pielęgniarką na świecie.