Tym razem chciałabym być tutaj częściej, tym bardziej, że w końcu jestem pielęgniarką i mogłabym dzielić się nie tylko wiedzą, którą dopiero zdobywam, ale i doświadczeniem, które powoli zbieram. Mogłabym też pisać o rzeczach o których sama chętnie za jakiś czas przeczytam, by dodać sobie otuchy w chłodne dni i gorsze nastroje.
Jestem pielęgniarką. Pracuje w zawodzie, mam prawo wykonywania zawodu, skończyłam studia. Jestem NAPRAWDĘ pielęgniarką. Czasem dalej w to nie wierzę, choć jest zdecydowanie lepiej niż w sierpniu, gdy wciąż miałam wrażenie, że przychodzę na praktyki i oczekiwałam poleceń ze strony koleżanek z pracy.
O swoich początkach, wyborach, trudach i radościach na pewno opowiem, ale dziś, gdy wróciłam po nocy pojechałam napisać zaliczenie na studiach magisterskich (dostałam się!) z krwiodawstwa to niedawno wróciłam do domu choć już prawie siedemnasta. Mam ochotę wypić dobrą kawę, napisać pracę zaliczeniową na temat edukacji pacjenta przygotowywanego do hemodializy i chyba się zdrzemnąć.
Moim planem na dziś jest robić to co mam tylko ochotę i to jest naprawdę genialny plan patrząc na to jak wyglądały moje ostatnie tygodnie.
Wczoraj w nocy zadzwoniła dzwonkiem kobieta, prosząc abym "zrobiła coś" z panią ze środkowego łóżka, ponieważ ciągle zrzuca kołdrę i coś wykrzykuje. Podeszłam do niej, kobiety, która ma prawie sto lat i mieszkając sama świetnie sobie radzi (tak, praca daje mi codziennie poczucie, że nie mam prawa narzekać i powinnam doceniać naprawdę każdy dzień zdrowia i młodości). Okazało się, że widziała swojego zmarłego męża jak wyciąga do niej rękę. Wyjaśniłam jej, że to tylko sen, przykryłam ją, a ona "Ale on tu naprawdę jest, szedł do mnie, chciał abym z nim poszła, wyciągnął tą rękę, a ja nie mogłam jej złapać, zaplątał się w tą moją pościel, widzi pani? Niech mu Pani pomoże, proszę!". Było to dla mnie tak smutne, tak dobijająco smutne, że pogłaskałam ją po dłoni i poprosiłam, aby spróbowała zasnąć. W tym momencie sama miałam ochotę schować się pod koc, przytulić się do swojego chłopaka ciesząc się, że mogę go dotknąć i zasnąć, ale poszłam do sali obok sprawdzić, czy pacjent z dusznością ma się nieco lepiej. Nie miał się lepiej. Ani on, ani ja.