Ten dyżur był niesamowicie dziwny. Rano byłam sama, bo koleżanka miała się spóźnić, więc miałam ręce pełne roboty, bo jak najszybciej zrobić to co powinny zrobić w tym czasie dwie pielęgniarki. Rozdać leki doustne na rano, przygotować i rozdać dożylne leki, zmierzyć poziom glikemii, iść na każdy dzwonek, podać insuliny i zacząć rozdawać śniadanie.
Później przyszła koleżanka i w gruncie rzeczy cała robota była zrobiona, bo pacjentów mieliśmy naprawdę mało, więc zrobienie paru inhalacji, podanie dodatkowych leków, które były wpisane w zlecenia na ten dzień, pomoc pacjentce w wzięciu prysznicu, poprawienie dziesięć razy wąsów tlenowych u Pana, który je ściąga, bo myśli, że to kabelek z dzwonka, założenie wenflonu, podanie leków o dwunastej i zmierzenie glikemii, rozdanie obiadu... Dyżur toczył się dobrze. Napisałyśmy o wiele szybciej wszystkie papiery, wpisałyśmy wszystkie leki w komputer z całego tygodnia od naszych pacjentów, odebrałyśmy zlecenia, zmieniłyśmy okleiny, robiłyśmy toaletę przeciwodleżynową, zajęłyśmy się odleżynami, zrobiłam bilanse, pomierzyłam ciśnienia, zlałam mocze.
Koleżanka poszła, bo przez ostatnie 36 godzin była na nogach, całą noc w podróży, a dodatkowo zmęczona psychicznie, bo jej brat miał wypadek i z żoną byli w dość kiepskim stanie i właśnie od nich wróciła. Pielęgniarka też człowiek, poza życiem w szpitalu ma swoje problemy, nieprzespane noce, rodzinne dramaty, gorsze dni, czy ma prawo być chora i strasznie nie podoba mi się to, że pacjenci często o tym nie myślą i zapominają. Choć patrząc na swój krótki staż pracy do tej pory nawet z bólem brzucha z powodu miesiączki, czy gorączką zawsze jestem miła, choć nie zawsze się uśmiecham (no chyba, że pacjent powie "no siostro, co się siostra tak smuci dzisiaj"). I wracając do tematu, ewidentnie mam problem z trzymaniem się głównego wątku, koleżanka poszła do domu.
Przez prawie dwie godziny siedziałam i nie miałam co robić - wypiłam kawę, zaglądałam do każdego, reagowałam na wyjątkowo rzadkie dzwonki, czytałam procedury i jakieś informacje o tajemnicy zawodowej pielęgniarki.
Pacjentka, która wcześniej zgłaszała osłabienie powiedziała, że trochę trudniej jej się oddycha. Spojrzałam na nią i pomyślałam, że może warto założyć jej drugie wkłucie bo ma tylko marne, niebieskie i że może zmontuje tutaj zestaw do odsysania. Ale po chwili skarciłam się w myślach, że to po prostu osłabienie i to nie jest rutynowe postępowanie w takiej sytuacji. Podałam jej wąsy z tlenem, które miała na poduszce, posadziłam wyżej, otworzyłam okno. Powiedziała, że boli ją trochę brzuch. Nie zaniepokoiło mnie to, bo miała biegunkę od rana z powodu antybiotykoterapii. Moje działania jej pomogły (tak powiedziała), ale jak wróciłam po paru minutach wyglądała gorzej. Miała płytki oddech i przyjmowała pozycję nachyloną. Zmierzyłam jej ciśnienie. 200/120. Lekarz zlecił tabletkę podjęzyk. Spadło. Poczuła się lepiej, ale jej kończyny stały się chłodniejsze. Nie dawało mi to spokoju i nie mogłam wrócić do czytania swoich procedur. Zmierzyłam jej saturację, na jednym pulsoksymetrze była wartość 39, ale uznałam, że to niemożliwe, bo ta kobieta ze mną normalnie rozmawia. Poszłam szybko na drugą stronę po drugi, pokazał wartość 48. Podkręciłam tlen, posadziłam ją jeszcze wyżej i poszłam po lekarza. Wróciłam do niej, powiedziała, że czuje się gorzej i już nie wytrzyma. Wszedł lekarz, patrzyła na nas, ale nie odpowiadała, doktor wolał, mówił, a ona w ogóle nie odpowiadała tylko patrzyła dziwnym wzrokiem. Zaczęła robić się sina. Miałam wezwać zespół anestezjologiczny na pilną konsultację, miałam zamonitorować, zmierzyć glikemię, iść po wózek reanimacyjny, podać płyny i uznałam, że trzeba założyć to nieszczęsne wkłucie i skompletować ten głupi ssak z którym zawsze są problemy. I wtedy pomyślałam, że pierwsze co powinnam zrobić to poprosić którąś z dziewczyn po drugiej stronie o pomoc, bo jednak liczy się czas. Cieszę się, że pracuje na takim oddziale, gdzie pomagamy sobie w sytuacjach, które tego wymagają i nikt nie je zdany na siebie.
Jak przygotowywałam płyny to akurat przyszedł zespół reanimacyjny. Wszystko wyglądało jak na filmie i wszyscy naprawdę świetnie ze sobą współpracowaliśmy - pacjentka leżała na środku na łóżku, pani doktor intubowała, jedna nabierała leki z wózka renimacyjnego, jedna montowała ssak, jedna asystowała przy intubacji. Okazało się, że do ssaka nie mamy "szarego elementu", że nie działa jedna pompa infuzyjna, że pulsoksymetr nie działa i nie pokazuje wartości, że tętno spadło do 34, że nie mamy na stanie respiratora, bo jesteśmy przecież interną, więc po przyniesieniu wszystkiego, asystowaniu przy pobraniu gazometrii tętniczej pobiegłam po respirator, którego nie chcieli mi pożyczyć na SORZE i po bezsensownej dyskusji na którą tylko straciłam czas udało mi się pożyczyć respirator z OIOMu. Jak przyszłam to Pani była wentylowana Ambu i akurat musiałam podawać adrenalinę, zawsze myślałam, że będą mi się trząść ręce, a to był mój pierwszy raz z adrenaliną i wcale tak nie było. Miałam wrażenie, że mój umysł jest skupiony i trzeźwy jak nigdy dotąd. Asystowałam do zakładania wkłucia centralnego, pobrałam od razu krew na badania (pan doktor powiedział "wszystkie najważniejsze i podstawowe na cito" więc miałam małą zagadkę co powinnam tam zlecić), zaniosłam do laboratorium.
Było jeszcze dwadzieścia minut do końca i gdy doktor powiedział mi, że nie muszę jechać na tomografię skoro mam iść za chwilę do domu to ani przez chwilę nie przyszło mi do głowy, aby zostawić pacjentkę i tak po prostu pójść sobie do domu. Przygotowaliśmy wszystko co trzeba zabrać, ktoś przyniósł przenośny respirator. Wyglądaliśmy jak w filmie - łóżko na którym poza pacjentką były dwie pompy infuzyjne, stojak z dwoma kroplówkami, trzy gotowe kroplówki na łóżku, przenośny monitor, respirator, kable, rurki, dokumenty, leki, pchałam łóżko z panią doktor, a pielęgniarka anestezjologiczna jechała z torbą reanimacyjną za nami. Przeniesienie pacjenta na łóżko było nie lada wyzwaniem, zajęło nam sporo czasu, monitor się rozładował i nie chciał działać pod koniec badania, ale na szczęście udało nam się szczęsliwie dojechać na oddział.
Na oddziale była już nocna zmiana, ale jak zobaczyłam ten bałagan w zabiegówce, te czerwone worki, opakowania po lekach, ampułki i po prostu używany sprzęt na ziemi sali pacjentki to uznałam, że nie mogę zostawić z tym dziewczyn, tym bardziej, że potrzebowały Propofolu, którego u nas na oddziale nie ma i poszłam szukać i pytać o pożyczenie, Panią też trzeba było zacewnikować, więc pomogłam, podać leki niwelujące kwasicę organizmu i asystować przy nakłuciu opłucnej. Pierwszy raz widziałam wykonaną w taki sposób i byłam w szoku, gdy z jednego płuca zeszło ponad półtorej litra płynu.
Wyszłam z ponad półtora godzinnym opóźnieniem z pracy, ale byłam tak szczęśliwa, że do domu wracałam jak na skrzydłam i nawet nie bałam się iść ciemnymi ulicami. Dopiero jak wzięłam prysznic, położyłam się do łóżka poczułam jak bardzo jestem zmęczona i jak bardzo potrzebuję się zregenerować.
Tego dnia dowiedziałam się, że
a) jeśli przez sekundę przejdzie Ci przez myśl, że trzeba założyć drugie wkłucie i zmontować ssak to to zrób, ssak na pewno, wkłucie przemyśl i jeśli uznasz, że to dobry pomysł to to zrób
b) ból brzucha może być jednym z objawów płynu w osierdziu, tak samo jak np. ból barku
c) pacjent z niską saturacją może normalnie rozmawiać i być w kontakcie
d) centralizacja krążenia następuje w tempie ekspresowy
e) gdy do badania obrazowego trzeba odpiąć elektrody to żeby mieć podgląd na pacjenta można podpiąć je na miednicy i podbrzuszu - obraz jest nieco okłamany, ale jest i jest wiarygodny w razie zagrożenia życia
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz